|
W Szczawnicy zdarzają się stężenia pekińskie. Ministerstwo Zdrowia powinno odbierać takim miejscowościom status uzdrowiska.
Przez 10 minut padają tu wszelkie rekordy, licznik wariuje, zatrzymując się na poziomie bliskim 2000 tys. mikrogramów.
W dymie uzdrowisk
Michał Olszewski
Zimą w polskich miejscowościach uzdrowiskowych smog osiąga stężenia pekińskie
Proszę pamiętać, że te pomiary nie będą wystarczającym dowodem w sprawie - zastrzega kilkukrotnie dr Artur Badyda, naukowiec z Wydziału Inżynierii Środowiska Politechniki Warszawskiej. - Jest dużo chwilowych zmiennych, temperatura, wiatr, pan rozumie. Trzeba by stanąć w jednym miejscu i tak zostać, najlepiej na rok. Zaryzykujmy. WIŚ od lat bada zanieczyszczenie powietrza i ma cenny sprzęt: wart 20 tys. złotych laserowy pyłomierz Side Pak nie sprawia na pierwszy rzut oka piorunującego wrażenia, ot, zielone pudełko z długą rurką i ekranem. Trzeba je przypiąć do paska, a rurkę przeciągnąć pod ubraniem, tak by wystawała możliwie blisko ust. I ruszyć w teren. Urządzenie pokaże, ile pyłu zawieszonego wpada do płuc. Pył zawieszony to toksyczny koktajl, za który odpowiadają przede wszystkim paleniska domowe. Odpowiada za choroby płuc, serca, nowotwory, miażdżycę, astmę i alergie, skraca długość życia. Sprzęt jest sprawdzony, właśnie wrócił z kalibracji w Anglii. Usłyszałem o nim podczas rozmów o krakowskim smogu. Zatrważająca jakość powietrza pod Wawelem doprowadziła w listopadzie ubiegłego roku do uchwalenia przez radnych małopolskiego sejmiku pierwszego w kraju zakazu palenia węglem, drewnem oraz ciężkim olejem opałowym. Od września 2018 roku mieszkańcy Krakowa nie będą mogli używać tych paliw do ogrzewania swoich mieszkań. O ile w stolicy Małopolski sytuacja jest oczywista, to dalej na południe rozciąga się ziemia słabo zbadana. A przecież ciągną tam każdego roku setki tysięcy mieszczuchów, którzy chcą wdychać górskie powietrze. Pyłomierz może pomóc w znalezieniu odpowiedzi na pytanie, czym oddychają naprawdę. 22 uzdrowiska położone w słabo przewietrzanych kotlinach pozostają poza kontrolą - w żadnym nie prowadzi się regularnych pomiarów jakości powietrza. Warunki są wyśmienite, czyli dla dziennikarza fatalne. Tegoroczna zima jest wyjątkowo słaba, często wieje, mróz nie maluje kwiatów na szybach. To zaś oznacza, że nie trzeba bez przerwy dosypywać do pieca. Ergo: powietrze powinno być lepsze. Dr Badyda ustawia urządzenie tak, by wyłapywało cząstki pyłu o średnicy 2,5 mikrometra - ze względu na swój mikroskopijny rozmiar łatwo wnikają do krwiobiegu, odpowiadając m.in. za ostre stany zapalne układu oddechowego i kłopoty z układem krążenia. Zwiększają ryzyko zachorowania na nowotwory. Dobowe średnie stężenie powinno wynosić 25 mikrogramów na metr sześcienny. W Krakowie jest dwa razy wyższe. Artur Badyda: - Proszę dzwonić w razie wątpliwości. Powodzenia.
Symfonia - Czuje pan tę ożywczą moc? - napotkany w Szczawnicy Jerzy Stadnicki, licencjonowany przewodnik beskidzki, obdarza mnie sympatycznym uśmiechem, ręką zataczając szeroki krąg. - Nawet w taki dzień jak dzisiaj, niby mgiełka, chmury nisko, czuć wyjątkową jakość naszego powietrza. Otóż znajdujemy się w miejscu o klimacie śródgórskim, łagodnym, umiarkowanie bodźcowym. W Polsce taką cechą może się poszczycić tylko kilka miejsc: Doły Jasielskie, Kotlina Sądecka, Pieniny właśnie. Nic, tylko oddychać pełną piersią. Gorąco zachęcam. Stoimy przy placu Dietla, między ruinami sanatoriów. Mniej więcej na tej wysokości przebiega granica pomiędzy górną i dolną częścią Szczawnicy. Szczawnica Górna przypomina chwilami ekskluzywny kurort europejski. Odkąd w 2005 roku rząd zwrócił uzdrowisko potomkom rodziny Stadnickich, za ciężkie pieniądze podnoszą oni z upadku kolejne wille. Pod bokiem potężnych i ciągle pełnych PRL-owskich ośrodków Hutnik, Papiernik czy Budowlani odżywa kameralna architektura. Dom nad Zdrojami czy ukryte wśród drzew Dworek Gościnny i hotel Modrzewie budzą głuche westchnienia: niesłuszne politycznie, zepchnięte w cień wielkich sanatoriów, w końcu odzyskują blask. Szczawnica Dolna: ścisk, bezład, architektura powikłana jak sztychy Piranesiego. Domy upchane ciasno na zboczach, drewno, eternit, blacha falista, pustak, siding, bezlik kolorów i projektów. Na dachach bardzo dużo kolektorów słonecznych - to wielki sukces tutejszych samorządowców. Wszędzie tablice: "pokoje do wynajęcia". I wszędzie kominy. - Latem jest tu wspaniale, naprawdę - dodaje Jerzy Stadnicki (boczna gałąź t y c h Stadnickich). Ale kuracjusze przyjeżdżają też jesienią i zimą, chcą oddychać czystym powietrzem, jest opłata klimatyczna. Włączam licznik. Na dzień dobry, o godzinie 14.07, pokazuje niemal dwukrotne przekroczenie dopuszczalnej normy. Pamiętam, że to może być na przykład szczególnie złośliwy powiew. Góra, dół? Najpierw dół, idę na spacer, podobnie jak inni kuracjusze, którzy robią sprawunki albo po prostu promenują w przerwach między zabiegami. Około godziny 15 w Szczawnicy rozpoczyna się symfonia. Na ulicach pełno ludzi. Z kominów w niebo biją różnokolorowe słupy dymu. Dymy czarne, gęste jak sadza, dymy niebieskie i zwiewne, żółte, siwe, szare. Palą właściciele niewielkich pensjonatów, palą siostry służebniczki, dym leci z komina położonej w centrum restauracji Halka. Rozpalają w pensjonaciku u Żabotyckiego i w willi Palenica, rozgrzewają się piece przy Szalaya, Głównej, Wiktora i na Zawodziu. Pyłomierz warczy, stężenie rośnie. Idę do Dolnego Parku. Dzieci w drodze ze szkoły bawią się na placyku zabaw, co jakiś czas alejkami suną niezrażeni chłodem amatorzy nordic walkingu, małżeństwo emerytów zażywa przechadzki. A przecież powinni uciekać. W pięknym założeniu parkowym, dumie uzdrowiska, stężenie przekroczone jest dziesięciokrotnie.
Dym płynie z domów położonych przy alei Parkowej. Najgorzej jest pod domem jednorodzinnym obitym sidingiem - ledwo majaczy spod brudnożółtego tumanu. Jak wyjaśnia właścicielka, od zawsze palą węglem i drewnem, bo tanio. A że śmierdzi? Jest zima, jest dym. Przez 10 minut padają tu wszelkie rekordy, licznik wariuje, zatrzymując się na poziomie bliskim 2000 tys. mikrogramów. Takich domów są w Szczawnicy dziesiątki. W polskich uzdrowiskach tysiące. W burej mgle zatrzymuje się ubrane w sportowe kurtki małżeństwo. Pytają właścicieli domu o drzewko obsypane pięknym różowym kwieciem. - Wilcza jagoda - burczy właściciel. Zapytam i ja. To państwo Kowolikowie z Bytomia, emeryci na trzytygodniowym turnusie. Przyjechali podratować zdrowie. - Na pewno to nie jest wilcza jagoda. A powietrze? Takie raczej bytomskie albo i nawet mocniejsze - śmieje się pani Urszula. - Żeby nie te wody mineralne, to by my wcale z pensjonatu nie wychodzili - dodaje pan Marian. - Znam ja te dymy i węgla zapach też, na Halembie robiłem tyle lat przecież. Za co ta opłata klimatyczna, ja się pytom? Liczą szybko. Trzy tygodnie, po trzy złote od głowy. Wychodzi 120 złotych jak nic, niemało. Czas iść w górę, tam, gdzie wśród drzew ukrywają się melancholijne pensjonaty. Jeśli przedrzeć się przez strefę domów jednorodzinnych, problem się rozwiewa, a pyłomierz usypia: zanieczyszczenie minimalne, pod Dworkiem Gościnnym człowiek czuje ożywczą moc. Jeszcze chwila, a uwierzę w slogan, który przewija się przez wszystkie foldery: "Miejscowość jest znana ze swojego znakomitego mikroklimatu oraz czystego powietrza, które sprzyjają poprawie zdrowia i kondycji górnych dróg oddechowych". Telefonuję do ekspertów. - Nie ma znaczenia, że pomiar jest chwilowy. On pokazuje, że w Szczawnicy zdarzają się stężenia pekińskie. Ministerstwo Zdrowia powinno odbierać takim miejscowościom status uzdrowiska.
Więcej na:
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,136812,15690160,W_dymie_uzdrowisk.html
|