|

Rzucanie uroku na ukochanego jest zajęciem niegodnym. Po pierwsze, mało cywilizowanym. Po drugie, podobno szkodliwym dla zdrowia. Jednakże gdy ona jego - tak, a on jej nie, to, jak się wydaje, wszystkie chwyty dozwolone. A przynajmniej można się dowiedzieć, jak się to robi, po prostu z ciekawości, żeby z tego skorzystać w przypadku już naprawdę ekstremalnym.
Może najpierw wyrażę pewną mądrą myśl. Raz w życiu nawet głupiemu może się zdarzyć, że coś mądrego powie. Zacznę niezupełnie z daleka, a jakby z boku. Przysłowie mówi: „Lepiej się urodzić szczęśliwą, niż ładną”. Nie chodzi tu o to, że lepsza jest pomyślność w życiu, niż sympatyczny, ale nieszczęśliwy wygląd. Nawet dzięcioł by zrozumiał, że lepiej być szczęśliwą, niż nieszczęśliwą. Przyjemniej jest mieć żonę bogatą, niż leniwą. Sedno tkwi gdzie indziej. Mądrość ludowa przypomina, że większość pięknych kobiet jest nieszczęśliwa - w każdym razie w miłości.
Pływa sobie, jak to bywa, taka łabędzica po jeziorze, a w błękitnych jej oczach widać smutek. Każdy rozumie: ukochany wyjechał bez pożegnania. Ale pies z kulawą nogą nie będzie jej współczuł, ponieważ „kto nie widział smutku u pięknej kobiety, ten nie wie, czym jest naprawdę piękno”. Brzydula to co innego. Komu by przyszło do głowy wykorzystać i rzucić brzydką dziewczynę? Gdzie taki głupi, co to kupi? Takie istoty też zresztą nie palcem robione. Zbyt namiętnemu adoratorowi mogą nawet dać w pysk, niech nie zawraca głowy. Bywa, że kawaler już stracił głos, wyśpiewując serenady, a ona krzywo spojrzy na siebie w lustrze, westchnie i zatrzaśnie okiennice. Bierze się do książek, bo w takim wypadku woli liczyć jedynie na siebie. Stąd inteligencja, pracowitość i inne cechy pozytywne. Piękna panna, dopóki nie trafi na swojego, żyje w otoczeniu pochlebstw, co bardzo stępia jej czujność. Ślicznotce wydaje się, że jej się nie da nie kochać i chodzi tylko o to, żeby kogoś wybrała i uszczęśliwiła. I przeważnie wybiera. A tego sukinsyna, którego uszczęśliwiła, też można zrozumieć. Człowiek jest istotą słabą i kusi go wszystko, co się świeci, choćby i wiedział, że to nie złoto. Piękna panna ma szczęście, gdy jej pilnuje jakaś zła macocha, stroi ją w łachmany, smaruje twarz popiołem i każe przebierać mak, zamiast kokietować przejeżdżających młodzieńców. Czy Kopciuszek uciekłby z balu, gdyby sytuacja pozwalała mu zostać? Raczej szalałby z księciem całą noc, aż by mu ostatecznie obmierzły tańce i pieszczoty pięknej nieznajomej. Brzydka dziewczyna jest pełna zagadek. Nie zgadza się na spotkanie w cztery oczy, a skoro już się zgodzi, to w półmroku, na odległość wyciągniętej ręki. Taka czarodziejka nie pozwoli bez walki ściągnąć z siebie licznych warstw przyodziewku, a o ile pozwoli, to odfrunie z miejsca zdarzenia na długo przed świtem, pozostawiając zdumionemu kochankowi wrażenie własnej efemeryczności. Piękność - zupełnie inaczej. Jeśli nawet kawaler próbuje się wyśliznąć, to się do niego przyczepi, wytłumaczy mu, że jest wybrańcem, ukaże mu się ze wszystkimi szczegółami, zwróci jego uwagę na te właśnie szczegóły i jak Kopciuszek w powyższej hipotetycznej sytuacji - nie odejdzie z balu dopóty, dopóki ponura służba nie wyniesie jej za bramy pałacu. Uroda zatem jest niewątpliwie czymś gorszym od złodziejstwa. Była taka sztuka Ostrowskiego „Panna bez posagu”. Nieprzypadkowo główną rolę grały w niej zawsze aktorki o urodzie lalek. Gdyby nie ta uroda, gdyby Larysa nie była takim cukiereczkiem, to łajdakom, których spotykała, byłaby potrzebna jak rybie rower. Żadnemu z nich nie przyszłoby do głowy uwodzenie i porzucanie jej, aż jeden ją w końcu zabił. Żyłaby z macochą, która by jej tak zatruła życie, że chcąc nie chcąc Larysa poszłaby do pracy. Raz dwa wyszłaby za mąż za biurowego kolegę - normalnego, porządnego człowieka. Rozmowa, którą za waszym przyzwoleniem zaczęłam z boku, od mądrości, którą chciałam wyrazić, ma za cel dowiedzenie rzeczy następującej. Jeszcze nikt nigdy nikogo nie pokochał za urodę. Tak samo, jak za talenty artystyczne, umiejętności kulinarne i inne pożyteczne cechy. Niby każdy słyszał, że kocha się nie za coś, tylko mimo czegoś. Ale mimo czego - i dlaczego - przeważnie się nad tym nikt nie zastanawia. Chociaż właśnie to „mimo” zawiera odpowiedź na najbardziej sakramentalne pytanie: jak być kochaną.
 Pięknym pannom bez kompleksów dziękuję Wydawałoby się, że każdy zna odpowiedź na pytanie, co to znaczy - idealna kochanka. Oczywiście ma być ładna i naturalnie nie może mieć kompleksów. Nie chodzi tu o ogłoszenia typu „bezpruderyjne dziewczyny i dyskretnych kierowców zatrudnię”. Kochanka - w znaczeniu każdej kobiety, z którą uprawia się miłość. Jeśli się ją przez dłuższy czas uprawia, to niewykluczone, że naprawdę wyjdzie z tego miłość. Tragedia Larysy nie polegała na tym, że nie miała posagu. Gdyby go miała, to tak długo nie mogłaby się opędzić od wielbiciela, aż by przepuścił cały ten posag. Czy lepiej być porzuconą od razu, czy przedtem doszczętnie oskubaną? Zatem tragedia tej nieszczęsnej dziewczyny w szczególności i wszystkich porzuconych dziewcząt w ogóle polega na tym, że stały się kochankami, nie będąc kochane. Jeśli kochanka nie staje się ukochaną, to niekoniecznie następnego poranka, ale zwykle dość szybko przestaje też być kochanką. Jakkolwiek na rzecz patrzeć, wynika z tego, że idealna kochanka to taka, którą mężczyzna kocha. Proszę teraz o chwilkę uwagi. Aby kobieta wzbudziła w mężczyźnie prawdziwą miłość, powinna być po pierwsze wystarczająco brzydka, po drugie posiadać niezbędną ilość kompleksów. („Poszukuję kochanki. Pięknym pannom bez kompleksów dziękuję”). To nie są majaczenia wariata. To właśnie ta mądrość, co do której od samego początku się odgrażałam, że ją wyrażę. Podobają nam się ludzie ładni, zdolni, pewni siebie. Ale naprawdę pokochać człowieka możemy tylko mimo tego, że nam się on podoba. Zanim wyrazicie mi szczere współczucie, postaram się zgromadzić argumenty na swoją korzyść. Choć o miłości powiedziano już wszystko, niemniej jednak mówienie o niej nie jest zabronione. Poza tym nawet największe słowa wchodzą nam w nawyk, płowieją jak ubrania. Spójrzmy zatem na słowo „miłość” cynicznie, nie mrużąc oczu od jego blasku. Jeśli kiedyś kogoś kochałaś, ale się szybko odkochałaś, to zgodzisz się, że to twoje uczucie dotyczyło tego człowieka tylko pośrednio. Ktoś mało ci znany żył swoim życiem - niezależnie od tego, że wewnątrz cała drżałaś. Najprawdopodobniej w tym okresie twój organizm pracował w trybie, który psychofizjologia scharakteryzowałaby jako stres ze wszystkimi cechami właściwymi dla stresu: zwiększeniem napięcia mięśniowego, przyspieszeniem tętna, buzowaniem hormonów itd. Jeśli twój wybraniec też był zakochany, mogliście się nawzajem podniecać synchronicznymi wstrząsami układu nerwowego, wskutek czego wzrastała euforia. Ale... I ty, i ten ktoś, nawet jeśli oddychaliście w jednym rytmie i odczytywaliście swoje myśli z oczu, tak naprawdę nie kochaliście siebie nawzajem, tylko osoby postronne. Jeśli pospieszyłaś się i wyszłaś w związku z tym za niego za mąż, to stopniowe poznawanie siebie mogło wam dostarczyć nader niemiłych chwil. Im bardziej obraz ukochanego człowieka nabierał realnych rysów, tym bardziej przestawał być podobny do portretu, którym się z takim upojeniem zachwycałaś. „Oszukałeś mnie, chamie - mówi zwykle bohaterka dramatu. - Obiecywałeś mi wieczną miłość”. „Ty też mnie oszukałaś, idiotko - nie mówi, ale mógłby powiedzieć bohater dramatu. - Udawałaś mój ideał, a okazałaś się zwykłym diabłem w ludzkiej skórze”. „Kochanie - zawołałaby być może bohaterka na takie dictum. - Opisz mi swój ideał, ale już! Dostosuję się do niego”. Niestety. Gdyby bohaterka ujrzała ideał swojego bohatera, padłaby zemdlona. Ale prędzej padłby bohater, ujrzawszy portret swojej idealnej kobiety. To brzmi szokująco, ale naszym idealnym kochankiem jesteśmy... my sami. Kiedy jesteśmy do szaleństwa zakochani, wydaje nam się, że mamy przed sobą... swój portret. Nie znaczy to naturalnie, że mężczyzna chciałby widzieć u swojej żony równie starannie wystrzyżoną brodę, jak jego własna. Ale zgódźmy się, że broda to takie głupstwo. W ciągu życia wiele razy zmieniamy wygląd zewnętrzny, na starość stajemy się w ogóle do niczego sensownego niepodobni, jednakże nie przestajemy kochać siebie i szukać samych siebie. Najmądrzejszy w tej branży był Platon. Pisał on o istotach androgynicznych, choć zanadto filozofował w kwestii ich hetero- i homoseksualizmu. Chciałoby się wierzyć Platonowi, że gdzieś tam błąka się bez sensu nasza połowa, ale z nieznanych przyczyn nie przychodzi nam do głowy, że istota androgyniczna, która będzie efektem zespolenia, nie może być krzywa i asymetryczna, a zatem że ta połowa jest naszą kopią. Co ma wspólnego chroniczny narcyzm, Platon i rozmnażanie przez pączkowanie z tematem szkodliwości urody i pożytku z kompleksów - dowiedzą się wszyscy, którzy dotąd ze mną pozostali. Oczywiście nie dosłownie, tylko w takim sensie, w jakim używają tego wyrażenia prezenterzy radiowi. Przeglądam się w tobie jak w lustrze... Paradoksalne, ale jedyną podstawą naszej miłości do samych siebie jest to, że przed sobą nigdzie nie uciekniemy. Z tego samego mniej więcej powodu kochamy własne dzieci, ale o ile dzieci w końcu dorastają i proponują nam kontakt na zasadzie suwerenności, o tyle my sami jesteśmy czymś, co zawsze pozostaje do naszej całkowitej dyspozycji. Czy podobamy się sobie bardziej, niż nam się podobają inni? Rzadko kiedy. Najczęściej jesteśmy z siebie niezadowoleni. Czy znamy samych siebie lepiej, niż innych? Mocno wątpliwe. Nasza samoocena prawie zawsze jest wypaczona. Szalona miłość człowieka do siebie samego jest oparta tylko na tym, że nie ma on nikogo bliższego nad siebie samego. Aby postronna jednostka wzbudziła w nas uczucie podobne do tego, co czujemy do siebie, a właśnie to uczucie i żadne inne zwie się miłością, jej obraz powinien stać się nam równie bliski, jak nasz własny. Wtedy właśnie się zaczynają fantastyczne przeżycia. Czas i przestrzeń ulega wypaczeniu jakby po to, by dać nam poczucie nadnaturalności tego, co się dzieje. Czujemy w sobie nadludzkie siły - przecież nasze „ego” stało się dwukrotnie większe. Jednocześnie możemy odczuwać mrożący strach, że człowiek, który już jest naszą częścią, na skutek piekielnego zbiegu okoliczności zniknie z tego świata. Bardzo rzadko, ale czasem niektórzy mają szczęście. Obraz drugiej osoby, która przecięła tzw. granicę przestrzeni „ja” i wzbudziła miłość, w trakcie bliższego poznawania się nabiera coraz to nowych rysów, ale nie wychodzi poza tę przestrzeń, cały czas pozostając „drugim ja”. Najczęściej jednak możemy się zakochać w mało znanym człowieku, ale nie czujemy się na siłach odczuć nic podobnego wobec kogoś, kogo dobrze znamy. Dlatego mówi się, że miłość jest ślepa. Z wiekiem ubywa nam optymizmu wobec otoczenia, nie pozwalamy sobie na zakochanie się w pierwszym lepszym i preferujemy poszukiwanie swojej połowy na drodze racjonalnego doboru, który może doprowadzić do mniej czy bardziej szczęśliwego partnerstwa, ale mało kiedy prowadzi do miłości.
Gdyby stał się dla nas zrozumiały mechanizm przenikania wizerunku człowieka poza granice przestrzeni „ja”, nie tylko dowiedzielibyśmy się, jak być kochanym, ale możliwe też, że moglibyśmy pokochać na własne życzenie
Nie tego, w związku z którym miłość, jak mówią, jest zła, tylko... na odwrót. Adamowi i Ewie wszystko tak ładnie wyszło - w tym sensie, że byli razem długo i szczęśliwie mimo to, że Kain i Abel martwili ich braterskimi konfliktami - dlatego, że ani Adam, ani Ewa nie mieli innego wyboru. Adam miał przed oczami tylko Ewę, a Ewa tylko Adama. To samo - przepraszam za przygłupią analogię - sprzyjało tkliwej miłości Robinsona do Piętaszka, chociaż Defoe przez delikatność nic nie pisał o intymnej stronie tej przyjaźni. Najważniejszym warunkiem tego, by wizerunek drugiej osoby wniknął w naszą przestrzeń „ja”, tj. utożsamił się z naszym własnym „ja”, jest poczucie własnej wartości w oczach tej osoby. Tragedia „Panny bez posagu” - proszę mi wybaczyć ciasne horyzonty literackie - nie polega na tym, że Paratow ją zaliczył. Proszę sobie wyobrazić, że wysłuchał jej rozmarzonych, pełnych błagania romansów, popatrzył na namiętnie unoszące się piersi, ziewnął i udał się na spoczynek jak porządny człowiek. Larysa zginęła wtedy, gdy pokochała Paratowa bez żadnej podstawy prawnej ku temu. Równie lekkomyślnie postąpiła Tatiana z „Oniegina”.
Tatiana mieszkała w zapadłej dziurze i nie wiedziała, komu oddać ten skarb, za jaki uważała siebie. Gdyby Oniegin dotąd obserwował wokół siebie nie urocze nóżki dam z wyższych sfer, tylko same pola i lasy, to bez żadnej wątpliwości nie odpowiadałby Tatianie tak mentorskim tonem. Gdyby Tatiana była tak źle strzeżona przez bliskich, jak Larysa, niewykluczone, że Oniegin, pomimo całego swojego przesytu, wygłosiłby jej kazanie po miłosnej nocy, a nie zamiast niej. Z drugiej strony gdyby Paratow nie odczuwał smutku z powodu końca kawalerskiej swobody, to może by, jak Oniegin, poprawił rozpiętą suknię na smukłych ramionach Larysy i opowiedział jej, jak nieodpowiednim jest obiektem miłości dla młodziutkiej dziewicy. Krótko mówiąc, i Tatiana, i Larysa w istocie rzeczy z wielką pewnością siebie zadurzyły się w swoich kawalerach, sądząc, że nigdzie oni przed nimi nie uciekną. Jeśli człowiek ma w zwyczaju, by drzwi jego domu były cały czas otwarte na oścież, to systematycznie będą go nawiedzać złodzieje. By człowiek, którego nie jesteś pewna, nie zdominował cię i nie zniszczył intymnej przestrzeni twojej duszy, zawieś na tych drzwiach kłódkę. Jeśli chcesz, by twój wybrany cię pokochał, będziesz musiała dobierać klucze do jego kłódek. Kłódki, jeśli się jeszcze nie domyśliłaś, to mniej więcej to, co się często zwie kompleksami. Jeśli zaliczasz się do piękności pod każdym względem, dobrze o tym wiesz i nie masz wątpliwości co do siebie, tj. kompleksów na swój temat, nie musisz się oszpecać. Jednakże konieczne jest rekompensowanie i swojej urody, i braku kompleksów. Inaczej jesteś nie tylko łatwym łupem dla zbójców, ale też nie masz wystarczająco dużo sił, by podbić serce ukochanego człowieka. Chciałabym, a boję się Jeśli chcesz nauczyć się magii miłosnej, to musisz zrozumieć, że można z niej korzystać tylko czasami, precyzyjnie i po trochu. Jednakże, skoro już z takim samozaparciem dotarłaś do tego miejsca, masz prawo poznać obiecaną receptę na to, jak być kochaną. Człowiek, z którym jesteś w kontakcie, najprawdopodobniej dopuści cię do swojej przestrzeni „ja” i cię pokocha, gdy zachowasz równowagę. Powinnaś go traktować chłodno, jednocześnie namiętnie go kochając. To nie są kpiny. Jeśli uważnie czytałaś, to zrozumiesz, że tak właśnie traktują swoich adoratorów brzydkie dziewczyny, dlatego ich życie prywatne układa się jak najbardziej szczęśliwie. Nie należy mylić rozsądnych brzydkich dziewczyn z nierozsądnymi, tzn. z tymi, które są brzydkie, a uważają się za piękności. Ich los jest jeszcze smutniejszy, niż los prawdziwych piękności. Kopciuszek był śliczną dziewczyną, ale się zachowywał jak brzydula. Namiętnie pokochał królewicza, jednakże spokojnie udał się do domu, uśmiechając się do swojego marzenia. Królewicz pokornie jak owieczka powlókł się za nią. A gdzie miał uciekać przed taką czarodziejką? Wśród kobiet jest wyjątkowo mało Kopciuszków. Nie możemy poddać się uczuciu miłości do mężczyzny bez tego, żeby w skrytości zacząć wybierać imię przyszłemu dziecku. Magia miłosna, jak każda inna, oparta jest na tym, że mag, wzywając duchy żywiołów, kontroluje sytuację. Kiedy kochamy bez nadziei na wzajemność, kontrolujemy strumienie energii. Stopniowo wnikając w „ja” innej osoby, trzymamy swoją przestrzeń „ja” zamkniętą na kłódkę. Nie znaczy to, że jest to normalna sytuacja. Magię wykorzystuje się tylko w przypadkach ekstremalnych. Delektuj się wzajemną miłością i wspólnymi marzeniami o przyszłości. Magiczna metoda Kopciuszka może ci się wcale nie przydać, a może całkiem realnie pomóc. Rzecz ciekawa, że z wiekiem niektóre kobiety opanowują tę technikę same z siebie i intuicyjnie wykorzystują „magię brzydkich dziewczyn”. Jeśli jesteś niezłomnie przekonana, że „wszystkie chłopy to świnie”, niemniej jednak nie przestałaś ich kochać i zachwycać się nimi, to osiągnęłaś całą pełnię cech kobiety fatalnej. Opracowano na podstawie artykułu Mariny Komissarowej
|