LIDERZY FORMALNI I NIEFORMALNI Drukuj

Kryminaliści jako "młodsi bracia" warstwy rządzącej

Społeczności ludzkie składają się z grup antagonistycznych i zwalczających się nawzajem. I nie są to, jak sądzono wcześniej, klasy, lecz gatunki. Z jednej strony znajdują się "napastnicy" - drapieżni przedstawiciele społeczności ludzkiej. Z drugiej strony masa zniewolonych osob­ników nie drapieżnych, "broniące się sta­do". Drapieżnicy uzyskują wsparcie ze strony sługusów i pomagierów, którzy nie zawsze są drapieżnikami, ale przyjęli dra­pieżne skrypty swego postępowania. To "zdrajcy stada". Zależnie od sytuacji spo­łecznej ich szeregi rosną albo maleją, ale niezależnie od epoki liczba zdrajców po­zostaje niemała. Do "napastników" nale­ży zaliczać wszystkich ciemiężycieli bez wyjątku. Do tej antyspołecznej grupy za­liczają się zarówno sprawujący władzę politycy, czy możnowładcy finansowi, jak i nie liczący się z prawem kryminaliści. Kryminaliści są zwykłymi "młodszymi braćmi" warstwy rządzącej.

Arystoteles w swojej "Polityce" cytuje przysięgę możnowładców.

"Będę wrogo nastawiony do prostego ludu i będę zamyślać wobec niego same rzeczy najgorsze"


 

W naszych czasach uzyskanie podob­nej wypowiedzi, będącej oficjalną dekla­racją osób ze świata rządzących, byłoby dość trudne, chyba że podano by im "sub­stancję prawdy". Niemniej wszystko po­zostało po staremu. Zwykli ludzie żyją w ciągłym oczekiwaniu najpaskudniejszych zmian, które wprowadzą im władze. Jeśli lud cokolwiek zyskuje, to jedynie pod presją społecznego protestu.

Wszelka działalność reformatorska, która mogłaby okazać się korzystna dla zwykłych ludzi, jest całkowicie sprzeczna z interesami rządów.

Wypisz, wymaluj, jakby wilki trosz­czyły się o "kwestie bezpieczeństwa" sta­da, które zostało powierzone ich opiece. Kroki na rzecz zwykłych ludzi pozostają w konflikcie z mentalnością drapieżników postawionych najwyżej. Można wręcz od­nieść wrażenie, że sama myśl o takiej moż­liwości jest dla nich równie nieprzyjem­na, jak ból zębów. Ta przykra dolegliwość opuszcza ich jedynie w okresach kampa­nii przedwyborczych, aby im nie przeszka­dzała w składaniu na prawo i lewo fałszy­wych obietnic. Potem każda tego rodzaju myśl wprawia przedstawicieli sfer rządzą­cych w ogromną irytację. I gdy tylko po­jawi się jakakolwiek możliwość zrobienia ludziom świństwa ("dokręcenia śruby", podniesienia cen, zwiększenia podatków albo powszechnie pobieranych opłat, to jest ona wprowadzana bez wahania i niezwłocznie.

Dlatego też postępowe zdobycze ludów są zdobyczami w dosłownym znaczeniu tego słowa. Bywa, że są one skutkiem po­tężnych, żywiołowych buntów "chlebo­wych", "cukrowych" itp. Najczęściej jed­nak jest to pokłosie zorganizowanych ak­cji przeprowadzanych na wielką skalę pod kierownictwem tych drapieżników, którzy pozostają w opozycji wobec rządzących. Nawet współczesny dobrze prosperujący podatnik z najbogatszych krajów Zacho­du, którego trudno byłoby uznać za przed­stawiciela "prostego ludu", bo sprzyja dra­pieżnemu procederowi pasożytowania na krajach Trzeciego Świata, nawet on nie może spać spokojnie - bez przerwy czuje on "szczurzą łapę, która trzyma wodze, które kierują jego wózkiem". I wie, że za­płaci za to obniżeniem poziomu życiowe­go. Przed oczyma stają kadry wiadomości telewizyjnych: wielotysięczny oszalały tłum i młodzi jeszcze ludzie, którzy chwy­tają się za serce i padają. Gdzieś w Hong Kongu czy może w Japonii bankrutuje potężny bank, a właściciele lokat umierają na ataki serca.

Nie wolno, rzecz jasna, generalizować opinii na temat "klasy rządzącej" i wszyst­kich, którzy do niej należą, automatycznie uznawać za przedstawicieli gatunku dra­pieżnego, "ciemiężycieli ludu". Tym bar­dziej, że podobny błąd zaistniał w teorii i praktyce (!) walki klasowej. A ponieważ idei walki klasowej trudno odmówić racjonalnych podstaw, chyba jeszcze za wcześnie, aby ją grzebać. Obecnie ta kon­cepcja może zyskać nowe życie i nową postać pozbawioną najbardziej drastycz­nych i odstręczających form. Cała historia ludzkości z ewolucją dyktatury drapieżnictwa jest "walką gatunków". "Walka klaso­wa" była jedynie wstępnym, "surowym" i zwulgaryzowanym wariantem walki ga­tunków. Ale nie ma dymu bez ognia, bo oba rodzaje walki mają wiele cech wspól­nych. Sprawy stopniowo się wyjaśniały i precyzowały. Na początku socjolodzy marksistowscy przeciwstawiali "burżu-azję" "proletariatowi". I nie należy ich ga­nić za ignorowanie różnic gatunkowych, ponieważ w tamtych czasach nie istniała jeszcze psychologia osobowości. Pojęcie "proletariat" w XIX wieku odnosiło się do klasy wyzyskiwanej (pracowników fizycz­nych, robotników), która była skazana na masowe wynędznienie. Od tamtego okre­su sytuacja uległa zmianie. Miejsce "pro­letariatu" zajęli "pracobiorcy", wśrod któ­rych znaleźli się również ludzie, pełniącu ważne funkcje społeczne: lekarze, nauczy­ciele, pracownicy naukowi itd. Obecnie można wyróżnić dwie klasy podstawowe: klasę pracodawców i klasę pracowników najemnych, przy czym wyróżniki gatun­kowe są zauważalne w obu tych klasach. Są kapitaliści, przedsiębiorcy nie drapież­ni oraz robotnicy czy pracownicy umysło­wi, będący drapieżnikami. Ich udział pro­centowy w swej grupie społecznej jest sto­sunkowo niewielki, niemniej jest, przez co całościowy obraz walki gatunków staje się mocno zagmatwany.

W ujęciu najbardziej ogólnym wal­kę gatunków można by porównać do partii szachów (choć w grze rzeczywi­stej "figur" na "planszy ziemskiej" są miliony).

Specyfika tej rozgrywki polega na tym, Że część figur białych gra (wbrew swej woli, pod presją okoliczności) po stronie czarnych, zaś niektóre figury czarne w imię własnych korzyści udają białe.

Na dodatek "czarne" szachrują: wy­konują kilka ruchów pod rząd, a na do­datek część tych ruchów jest wbrew re­gułom. Wykorzystali szwindel, aby mieć pierwszy ruch, po czym w jego ramach wykonali cały szereg posunięć i dopro­wadzili grę prawie do mata. Kto tu jest "białymi", a kto "czarnymi", wyjaśniać, jak sądzę, nie trzeba.

Z jednej strony drapieżna mniejszość uciska i wyzyskuje niedrapieżną więk­szość, zaś z drugiej strony uciskani (gene­ralnie niedrapieżni) walczą o poprawę swoich warunków życia. Zaś cały postęp (o ile nazwiemy to postępem) polega na tym, że rozwinięte przez despotie i tyranie prymitywne formy wyzysku prostych lu­dzi oparte na metodach bezpośredniego ucisku fizycznego, zostają zastąpione przez wyrafinowane formy oddziaływania mającego charakter "przymusu miękkie­go". Zmiany te zachodzą powoli, z opora­mi, z udziałem najróżnorodniejszych środ­ków manipulacji świadomością spo­łeczną. Pierwszym zadaniem, jakie w tym zakresie stawia sobie drapieżna dyktatura, jest zubożenie świata wewnętrznego znie­walanych ludzi. Prymitywizm postaw to wspaniała podstawa istnienia drapieżnej władzy. Nowe, wyszukane środki odmózgowienia przekształcają ludzi w posłusz­ne bioroboty - wypisz, wymaluj "w ludziów".

Za minimum dostatku ludzie poświęcają wszystko, co w nich jest wyŻsze, a co wielkim wysiłkiem zostało w nich wcielone przez Naturę.

Przypomina to biblijną przypowieść o zupie z soczewicy, która ziściła się w wy­miarze globalnym.

Należy także rozróżniać faktycznych decydentów od ludzi na stanowiskach, któ­rzy znaleźli się przy władzy z woli losu i różnych okoliczności. Chodzi o ludzi, któ­rzy w psychologii społecznej określani są jako liderzy formalni i nieformalni. Fak­tycznymi decydentami i najwyższymi hie­rarchami kapitalistycznego Zachodu są by­najmniej nie prezydenci, lecz premierzy.

Prezydenci są jedynie "figurantami" władzy, nominantami dyktatury drapieŻników. Prym wiedzie plutokracja -oligarchia finansowa świata kapitalistycznego.

Trzyma ona w swoim ręku najpotężniejszą broń ucisku mas ludowych -pieniądze oraz aparat ich przemieszczania i przekształcania.

Wytworzyła się trwała i zamknięta oli­garchia, którą tworzy 150-200 osób decy­dujących o losie kraju. Członków tej oli­garchii łączą wzajemne rozliczenia i żądza władzy. W ramach tej oligarchii potężne kapitały zdobyte nielegalnymi metodami (również poprzez działania czysto prze­stępcze) zrastają się z władzą. Publikowa­ne są rankingi oligarchów finansowych, choć niektórzy obecni na tych listach już

wkrótce okazują się głównymi oskarżony­mi toczących się postępowań karnych.

Rzuca się w oczy oczywista analogia pomiędzy działaczami politycznymi a przestępcami. To coś więcej, niż analo­gia i identyczność. Oni po prostu są jed­nym i tym samym - pierwszym (widocz­nym) szeregiem "egzekutorów". Za nimi, ukryci w cieniu, stoją faktyczni finansowi mocodawcy. Ci, którzy podejmują decy­zje i zlecają ich wykonanie. Ta władza ist­nieje na poziomie ponadpaństwowym, bę­dąc „superwładzą". Jej struktury są skry­wane i stanowią tabu społeczeństw Zacho­du. Oficjalne dementi mówią, że coś ta­kiego nie istnieje. Jedynie od czasu do cza­su w mediach przemykają informacje, któ­re jednoznacznie potwierdzają istnienie oraz realną potęgę superwładzy. Władza publiczna nie podejmuje jakichkolwiek ważniejszych kroków bez jej wiedzy i zgo­dy.

Trwałym mechanizmem informacyj­nym jest eksponowanie władzy politycz­nej, tworzącej parawan dla mocodawców ekonomicznych. Działania władców współczesnych imperiów finansowych, pozostają ukryte w cieniu. Ich zwycięstwa osiągane na siedząco zza biurek nie rzu­cają się w oczy, choć są i tacy, którzy bar­dzo się starają, aby je unaocznić jak naj­szerszej "szanownej publice". Pierwszym znanym demaskatorem był Jezus Chrystus, który przepędził ze świątyni ludzi bizne­su. Równie gwałtowne ciosy zadawał im Marks. Ale ludzie pieniądza prawdopodob­nie już następnego dnia wrócili za swoje kontuary, oglądając się po szalbiersku, bo ponowne nadejście Jezusa mogłoby ozna­czać kolejny dzień bez biznesu. Nie ina­czej było z oburzeniem, które wzbudził Marks - spłynęło ono po kapitalistach, jak woda po gęsi. Tyle tylko, że,rozdzierając szaty, skrócili dzień pracy do ośmiu go­dzin, bo wcześniej ludzie w fatalnych wa­runkach pracowali po 16 a nawet 18 go­dzin i nieraz dosłownie umierali z głodu. Dość wspomnieć zakłady opisywane w klasycznym opracowaniu Engelsa "Poło­żenie klasy robotniczej w Anglii". Tym samym była masowo występująca śmier­telna pelagra spowodowana tym, że robot­nicy na plantacjach bawełny w "kochają­cej wolność" Ameryce karmieni byli głów­nie stęchłą słoniną.

Fundamentem kapitalizmu są ludzkie kości.

Rzesze ludzi wyzutych z praw, któ­rzy umarli, pracując ponad siły, są nie­przeliczone. W walce o każde "ustęp­stwo" przelewano rzeki krwi. Ludzie ginęli na wszystkich kontynentach (z małym wyjątkiem, jakim jest Antark­tyda). I bynajmniej nie przez wrodzoną dobroć kapitaliści przestali morzyć lu­dzi głodem oraz ciężką harówką. Oka­zało się, że należyte karmienie czasem zwiększa korzyści. Kiedy jednak te ko­rzyści są niewystarczające, drapieżna władza wraca do starego porządku. Tań­sze jest przyjmowanie do pracy nowych chętnych niż wydawanie pieniędzy na po­prawę warunków bhp. Analogiczne przy­kłady można by mnożyć w nieskończo­ność...

Tak więc pierwszym krokiem, który uruchamia mechanizm władzy, jest podporządkowanie człowieka człowie­kowi i wyzysk człowieka przez człowie­ka. Potem idą: doprowadzenie do śmierci (zabójstwo), wyniszczenie fizyczne i w końcu zniewolenie ekonomiczne, które przyjmuje postać spętania za pomocą pie­niędzy, przy czym władza pieniądza staje się obecnie potężniejsza, niż zniewolenie polityczne. Układ, jak w kartach: mocniej­szy od króla jest as ("ase" to starorzymska moneta). Najpotężniejszy jest pieniądz. Coraz bliższy zdaje się zatem ostateczny triumf finansistów (o ile nie zdarzy się Coś Nadzwyczajnego, co zmieni tor tej fatal­nej tendencji). Od dawna i w coraz więk­szym stopniu przejmują oni władzę w pań­stwach. Władza w świecie przechodzi (czy raczej już przeszła) w ręce światowych po­tentatów finansowych.

Współcześni politycy są sprzedajnymi i pozbawionymi zasad marionetkami, które podskakują tak, jak zechcą ich nie­widzialni rozkazodawcy.

Jest to tak ewidentne i niewątpliwe, że stało się stałym i ogranym motywem fil­mów (również krajowych).

Przytaczane fakty bulwersują tym bar­dziej, że narasta powszechne przekonanie, iż wśród rzeczywistych władców, którzy we współczesnym świecie dysponują ca­łością faktycznej władzy, absolutnie wy­kluczona jest obecność ludzi rozumnych i uczciwych. Przypomina to stary kawał o Komunistycznej Partii Związku Radziec­kiego, która pretendowała do tego, że bę­dzie ostoją mądrości oraz uosobieniem ho­noru, a nie miała w swych szeregach ani jednego człowieka rozumnego i uczciwe­go. Dokładnie te same mechanizmy dzia­łają w kręgach dowolnej władzy drapież­nej i świadczą o jej istocie. „Wszystko jest na jeden strój", ale z tego powodu rzeczy­wistość napawa przerażeniem. Władza sta­nowi prawowite dziedzictwo drapieżców, toteż nie ostanie się przy niej człowiek uczciwy i honorowy. Dla kogoś takiego miejsca u władzy ani nie ma, ani nigdy nie było. A jeśli nawet ktoś taki zaistniał, to nie zagrzał tam miejsca.

Dość wspomnieć, jak szybko elimino­wani są politycy, którzy próbują uczynić coś dobrego dla zwykłych ludzi albo wprowadzić poważne zmiany realiów po­litycznych, przy czym cel ich działań po­zostaje bez znaczenia. Nawet wtedy, gdy jest on czysto polityczny, zostają zamor­dowani. Tak dzieje się niechybnie i bezustannie - we wszystkich epokach i na wszystkich kontynentach (i tu wyjątkiem może być jedynie Antarktyda). Ulugbek, Lincoln, Aleksander II, Stołypin, Mahat-ma Ghandi, J.F. Kennedy, Patrice Lumum-ba, Salvador Allende, Martin Luter King...

Kiedy politycy usiłują działać w inte­resie ludu (nieważne czy kieruje nimi uczciwość czy nie) , zostają "zniknięci", zanim zdążą wcielić w życie swoje rów­nościowe projekty. Jeśli do polityki trafiają ludzie uczciwi, o szlachetnych zamiarach, w krótkim czasie (bo takim zazwyczaj dys­ponują) dokonują rzeczy niezwykłych, któ­re tym mocniej uzmysławiają, czym są łaj­dackie poczynania szczurów, tworzących sitwę polityczną. Ci nieliczni zapisują naj­lepsze stronice historii, ale ich dorobek zawłaszczają potwory, które dorywają się do władzy. Tylko popatrzcie, mówią oni, jacy jesteśmy dobrzy i potrzebni. Dla swe­go narodu robimy, co tylko możemy, nie oszczędzając się ani trochę. Tyle tylko, że warunki nie pozwalają. Wszyscyśmy są równe chłopaki - trochę bandyci, ale tak naprawdę to do rany przyłóż. Największą zaletą owych "równych chłopaków" jest to, że działając "dla dobra swego ludu" co i rusz demaskują oraz pogrążają się nawza­jem: Robespierre, Trocki, Bucharin, Sadat...

Problem władzy (polityki, państwowo­ści) widziany od strony socjologicznej wydaje się nad wyraz prosty: należy tylko dbać o to, aby wszyscy obywatele prze­strzegający prawa i uczciwie pracujący mieli się względnie dobrze i cieszyli się wolnością. Może im się żyć trochę trud­no, ale bez nieludzkiego wyzysku i poni­żenia. Wszystko to jest naprawdę możli­we, gdy rządy sprawują ludzie mądrzy i uczciwi. Przyzwoite stosunki między­ludzkie zawsze istniały i istnieją obecnie -ich symbolem są wiejskie domy bez zam­ków i kłódek. Natomiast uczciwości po stronie władzy nie było i trzeba stwierdzić, że mimo usilnych żądań wysuwanych przez elity, wcale się na nią nie zanosi. Choć chciałoby się wierzyć, że kiedyś jed­nak będzie.

Podstawą takiej nadziei jest istniejąca teoretycznie "demokracja bezpośrednia", samoorganizacja społeczności ludzkich. To właśnie ona i tylko ona powinna zastąpić obecnie istniejące metody zarządzania spo­łecznego. Należałoby jednak oddzielić od państwa (podobnie jak tu i ówdzie oddzie­lono kościół) absolutnie wszystkie służby sprawujące władzę i stanowiące prawo. Państwo z jego aparatem biurokratycznym powinno pozostawić w swej gestii jedy­nie funkcje techniczne i koordynacyjne, aby istniało jako "zgrupowanie kultural­nych szefów jednostek branżowych" np. ministerstwa łączności czy transportu, natomiast o podstawowych kwestiach spo­łecznych powinien decydować opsobiście lud za pośrednictwem swoich przedstawi­cieli. "Dopóki aparat zarządzający służy dobru społecznemu, stanowi niezbędną część społeczeństwa. Kiedy jednak aparat państwowy zaczyna uzurpować sobie rolę zarządcy społeczeństwa i zastrzega sobie niezależność w decydowaniu o jego spra-

wach oraz możliwość działania wedle wła­snego uznania, staje się najgorszym wro­giem społeczeństwa i należy go traktować tak, jak szkodnika. Praktyczne funkcjono­wanie takiego naturalnego ładu społeczne­go budzi jednak sporo wątpliwości i w przewidywalnej przyszłości wydaje się trudne do urzeczywistnienia.

Równie oczywiste wydają się psycho­logiczne aspekty problemu władzy. Cechy drapieżne jako dominujące wyznaczniki obecnych przedstawicieli władzy czynią ich najbardziej niepożądanym materiałem ludzkim. Należałoby stworzyć inteligent­ny i samoorganizujący się układ społecz­ny, uznając obecnych organizatorów ak­tywności społecznej za moralnie niepoczy­talnych, ponieważ nie dysponują oni ro­zumem, pojmowanym jako zdrowy rozsą­dek podbudowany dobrocią, motywami działania dla wspólnego dobra i sumie­niem. Wszystko po to, aby wykroczyć poza tragikomiczną zależność wyrażoną w po­rzekadle "szewc bez butów chodzi". To, że władzę sprawują istoty pozbawione ro­zumu, przypomina sytuację, w której "gu­zik atomowy" spoczywa w rękach treso­wanej małpy.

Znane jakobińskie określenie najwyż­szych władców - "koronowane bestie" było i ciągle jeszcze pozostaje prawdziwe (choć chyba, nieco krzywdzi naszych "braci mniejszych", co zapewne nie było zamia­rem jakobinów).

Równocześnie dla drapieżców władza stanowi najbardziej łasy spośród wszyst­kich kąsków. Jest dla nich wszystkim i zastępuje wszystko. Właśnie dlatego dra­pieżni pretendenci do władzy nie posiadają żadnego celu wyższego, żadnej bardziej uświęconej misji osobistej, a deklaratyw­ne sformułowania typu "dobrostan ludu i rozkwit ojczyzny" są w ich ustach zwy­kłymi frazesami.

Ich faktyczne cele są skrajnie ubogie. Przeważnie jest to prymitywny hedonizm - pragnienie posiadania i pogoń za ucie­chami w coraz bardziej wyrafinowanych formach. To kupno jak największych bry­lantów, jak najwspanialszych obrazów, naj­większych samochodów. To budowanie willi, która góruje nad innymi i równocze­śnie dysponuje najgłębszym schronem. "Doktor" Ahmed Sukarno potrafił całymi godzinami stać przed lustrem i sycić się własnym widokiem. W tym samym cza­sie w trosce o urodę Dżakarty z miasta wywożono ciężarówkami upolowanych na ulicach nędzarzy, aby nie szpecili "wizy­tówki" kraju. Również Anwar Sadat trosz­czył się o własną powierzchowność nie mniej niż jego indonezyjski kolega. Dys­ponował trzema rodzajami uczesania: zwy­kłym do głowy oraz specjalnymi do brwi i wąsów. O jakim więc "dobrostanie ludu" może być mowa. Napoleon nie prowadził wojem w imię dobra Francuzów, lecz urze­czywistniał swoją ubolewania godną pa­sję, jaką była "sztuka wojenna". Stalin for­sował rozwój kraju bynajmniej nie dla dobra ludu, bo w imię swego celu wynisz­czył mnóstwo, mnóstwo ludzi.

Upojenie sławą i władzą oraz walka o nią zajmują całą ich świadomość. Takty-

ka i strategia walki o własną władzę (rów­nież o jej utrzymanie) pochłaniają ich bez reszty. Niewiele brakuje, a zapomnieliby o przelaniu pieniędzy na szwajcarskie kon­ta. Choć pod tym względem decydenci naszych czasów są wyjątkowymi pedan­tami. Czasami w ramach "odsapki od na­wału obowiązków" odskok w ochlaj, or­gię albo, jak kto woli, w polowanie. Wła­dza sama w sobie okazuje się niewystar­czająca i pojawia się nuda. Stąd koniecz­ność polowań. Najczęściej w stylu "cesar­skim" - morderczych, bezwzględnych i pełnych kłusowniczego okrucieństwa. Po­lujący dygnitarze czerpią z tego satysfak­cję, którą da się porównać jedynie z ucie­chami dzieciństwa, kiedy ich ofiarami sta­wały się wieszane psy i palone żywcem koty. Dość wspomnieć, jak Jelcyn przed skomplikowaną operacją kardiologiczną zastrzelił dla swojego serdecznego przy­jaciela Helmuta Kohla 50 kaczek i "powa­lił" dzika. Zaś po operacji ustrzelił kolej­nego dzika. Po prostu, nie mógł wytrzy­mać! Bo jakże można, żyć i nikogo nie zabijając?!

Byłoby zapewne bardzo interesujące (przynajmniej dla naukowców), gdyby udało się szczegółowo poznać, o czym myśleli podczas swych "państwowotwórczych działań" Napoleon, Tamerlan, Le­nin, Stalin, Hitler, Churchil, Pol-Pot i Mao Zedong a także inni zbliżeni do nich rangą. Jakież myśli rodziły się w umysłach owych osób fizycznych, prawnych i zoopsychologicznych. Gdyby ich zahaczyć, ale bez blagi, jak u psychiatry, czego tak napraw­dę pragną od życia? Niestety, jest to nie­wykonalne. Nawet wtedy, gdy stają przed trybunałem, jak to miało miejsce podczas Procesu w Norynberdze, czy gdzieś jesz­cze, rozmowa z nimi nie może być szcze­ra. Albo się usprawiedliwiają lub odgry­zają, co bynakmniej nie rozjaśnia moty­wów, którymi się kierowali. Istnieją, jak wiadomo, bogate zbiory dzienników i pa­miętników napisanych przez byłych mę­żów stanu. W całej tej pisaninie zawarta jest taka "prawda", że każdy z nich był święty, natomiast cała reszta to kanalie, jakich mało. Na dodatek książki tego typu pełne są wydarzeń i czynów, a nie ma w nich motywów i głęboko ukrytych mecha­nizmów postępowania głównych postaci światowej areny politycznej. To relacje typu : veni, vidi, vici, a więc przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem, natomiast brak wspomnień w rodzaju: "posiedziałem, po­myślałem, wziąłem kapotę i poszedłem do domu, bo chciało mi się...". W takiej "skarbnicy wspomnień" nieco światła na zoopsychologiczne motywy działań homi­nidów drapieżnych rzucają relacje skaza­nych na egzekucję lub dożywotnie więzie­nie wielokrotnych morderców typu: Czi-katilo, Panser...