| LIDERZY FORMALNI I NIEFORMALNI |
|
|
Kryminaliści jako "młodsi bracia" warstwy rządzącej Społeczności ludzkie składają się z grup antagonistycznych i zwalczających się nawzajem. I nie są to, jak sądzono wcześniej, klasy, lecz gatunki. Z jednej strony znajdują się "napastnicy" - drapieżni przedstawiciele społeczności ludzkiej. Z drugiej strony masa zniewolonych osobników nie drapieżnych, "broniące się stado". Drapieżnicy uzyskują wsparcie ze strony sługusów i pomagierów, którzy nie zawsze są drapieżnikami, ale przyjęli drapieżne skrypty swego postępowania. To "zdrajcy stada". Zależnie od sytuacji społecznej ich szeregi rosną albo maleją, ale niezależnie od epoki liczba zdrajców pozostaje niemała. Do "napastników" należy zaliczać wszystkich ciemiężycieli bez wyjątku. Do tej antyspołecznej grupy zaliczają się zarówno sprawujący władzę politycy, czy możnowładcy finansowi, jak i nie liczący się z prawem kryminaliści. Kryminaliści są zwykłymi "młodszymi braćmi" warstwy rządzącej. Arystoteles w swojej "Polityce" cytuje przysięgę możnowładców. "Będę wrogo nastawiony do prostego ludu i będę zamyślać wobec niego same rzeczy najgorsze"
W naszych czasach uzyskanie podobnej wypowiedzi, będącej oficjalną deklaracją osób ze świata rządzących, byłoby dość trudne, chyba że podano by im "substancję prawdy". Niemniej wszystko pozostało po staremu. Zwykli ludzie żyją w ciągłym oczekiwaniu najpaskudniejszych zmian, które wprowadzą im władze. Jeśli lud cokolwiek zyskuje, to jedynie pod presją społecznego protestu. Wszelka działalność reformatorska, która mogłaby okazać się korzystna dla zwykłych ludzi, jest całkowicie sprzeczna z interesami rządów. Wypisz, wymaluj, jakby wilki troszczyły się o "kwestie bezpieczeństwa" stada, które zostało powierzone ich opiece. Kroki na rzecz zwykłych ludzi pozostają w konflikcie z mentalnością drapieżników postawionych najwyżej. Można wręcz odnieść wrażenie, że sama myśl o takiej możliwości jest dla nich równie nieprzyjemna, jak ból zębów. Ta przykra dolegliwość opuszcza ich jedynie w okresach kampanii przedwyborczych, aby im nie przeszkadzała w składaniu na prawo i lewo fałszywych obietnic. Potem każda tego rodzaju myśl wprawia przedstawicieli sfer rządzących w ogromną irytację. I gdy tylko pojawi się jakakolwiek możliwość zrobienia ludziom świństwa ("dokręcenia śruby", podniesienia cen, zwiększenia podatków albo powszechnie pobieranych opłat, to jest ona wprowadzana bez wahania i niezwłocznie. Dlatego też postępowe zdobycze ludów są zdobyczami w dosłownym znaczeniu tego słowa. Bywa, że są one skutkiem potężnych, żywiołowych buntów "chlebowych", "cukrowych" itp. Najczęściej jednak jest to pokłosie zorganizowanych akcji przeprowadzanych na wielką skalę pod kierownictwem tych drapieżników, którzy pozostają w opozycji wobec rządzących. Nawet współczesny dobrze prosperujący podatnik z najbogatszych krajów Zachodu, którego trudno byłoby uznać za przedstawiciela "prostego ludu", bo sprzyja drapieżnemu procederowi pasożytowania na krajach Trzeciego Świata, nawet on nie może spać spokojnie - bez przerwy czuje on "szczurzą łapę, która trzyma wodze, które kierują jego wózkiem". I wie, że zapłaci za to obniżeniem poziomu życiowego. Przed oczyma stają kadry wiadomości telewizyjnych: wielotysięczny oszalały tłum i młodzi jeszcze ludzie, którzy chwytają się za serce i padają. Gdzieś w Hong Kongu czy może w Japonii bankrutuje potężny bank, a właściciele lokat umierają na ataki serca. Nie wolno, rzecz jasna, generalizować opinii na temat "klasy rządzącej" i wszystkich, którzy do niej należą, automatycznie uznawać za przedstawicieli gatunku drapieżnego, "ciemiężycieli ludu". Tym bardziej, że podobny błąd zaistniał w teorii i praktyce (!) walki klasowej. A ponieważ idei walki klasowej trudno odmówić racjonalnych podstaw, chyba jeszcze za wcześnie, aby ją grzebać. Obecnie ta koncepcja może zyskać nowe życie i nową postać pozbawioną najbardziej drastycznych i odstręczających form. Cała historia ludzkości z ewolucją dyktatury drapieżnictwa jest "walką gatunków". "Walka klasowa" była jedynie wstępnym, "surowym" i zwulgaryzowanym wariantem walki gatunków. Ale nie ma dymu bez ognia, bo oba rodzaje walki mają wiele cech wspólnych. Sprawy stopniowo się wyjaśniały i precyzowały. Na początku socjolodzy marksistowscy przeciwstawiali "burżu-azję" "proletariatowi". I nie należy ich ganić za ignorowanie różnic gatunkowych, ponieważ w tamtych czasach nie istniała jeszcze psychologia osobowości. Pojęcie "proletariat" w XIX wieku odnosiło się do klasy wyzyskiwanej (pracowników fizycznych, robotników), która była skazana na masowe wynędznienie. Od tamtego okresu sytuacja uległa zmianie. Miejsce "proletariatu" zajęli "pracobiorcy", wśrod których znaleźli się również ludzie, pełniącu ważne funkcje społeczne: lekarze, nauczyciele, pracownicy naukowi itd. Obecnie można wyróżnić dwie klasy podstawowe: klasę pracodawców i klasę pracowników najemnych, przy czym wyróżniki gatunkowe są zauważalne w obu tych klasach. Są kapitaliści, przedsiębiorcy nie drapieżni oraz robotnicy czy pracownicy umysłowi, będący drapieżnikami. Ich udział procentowy w swej grupie społecznej jest stosunkowo niewielki, niemniej jest, przez co całościowy obraz walki gatunków staje się mocno zagmatwany. W ujęciu najbardziej ogólnym walkę gatunków można by porównać do partii szachów (choć w grze rzeczywistej "figur" na "planszy ziemskiej" są miliony). Specyfika tej rozgrywki polega na tym, Że część figur białych gra (wbrew swej woli, pod presją okoliczności) po stronie czarnych, zaś niektóre figury czarne w imię własnych korzyści udają białe. Na dodatek "czarne" szachrują: wykonują kilka ruchów pod rząd, a na dodatek część tych ruchów jest wbrew regułom. Wykorzystali szwindel, aby mieć pierwszy ruch, po czym w jego ramach wykonali cały szereg posunięć i doprowadzili grę prawie do mata. Kto tu jest "białymi", a kto "czarnymi", wyjaśniać, jak sądzę, nie trzeba. Z jednej strony drapieżna mniejszość uciska i wyzyskuje niedrapieżną większość, zaś z drugiej strony uciskani (generalnie niedrapieżni) walczą o poprawę swoich warunków życia. Zaś cały postęp (o ile nazwiemy to postępem) polega na tym, że rozwinięte przez despotie i tyranie prymitywne formy wyzysku prostych ludzi oparte na metodach bezpośredniego ucisku fizycznego, zostają zastąpione przez wyrafinowane formy oddziaływania mającego charakter "przymusu miękkiego". Zmiany te zachodzą powoli, z oporami, z udziałem najróżnorodniejszych środków manipulacji świadomością społeczną. Pierwszym zadaniem, jakie w tym zakresie stawia sobie drapieżna dyktatura, jest zubożenie świata wewnętrznego zniewalanych ludzi. Prymitywizm postaw to wspaniała podstawa istnienia drapieżnej władzy. Nowe, wyszukane środki odmózgowienia przekształcają ludzi w posłuszne bioroboty - wypisz, wymaluj "w ludziów". Za minimum dostatku ludzie poświęcają wszystko, co w nich jest wyŻsze, a co wielkim wysiłkiem zostało w nich wcielone przez Naturę. Przypomina to biblijną przypowieść o zupie z soczewicy, która ziściła się w wymiarze globalnym. Należy także rozróżniać faktycznych decydentów od ludzi na stanowiskach, którzy znaleźli się przy władzy z woli losu i różnych okoliczności. Chodzi o ludzi, którzy w psychologii społecznej określani są jako liderzy formalni i nieformalni. Faktycznymi decydentami i najwyższymi hierarchami kapitalistycznego Zachodu są bynajmniej nie prezydenci, lecz premierzy. Prezydenci są jedynie "figurantami" władzy, nominantami dyktatury drapieŻników. Prym wiedzie plutokracja -oligarchia finansowa świata kapitalistycznego. Trzyma ona w swoim ręku najpotężniejszą broń ucisku mas ludowych -pieniądze oraz aparat ich przemieszczania i przekształcania.
Wytworzyła się trwała i zamknięta oligarchia, którą tworzy 150-200 osób decydujących o losie kraju. Członków tej oligarchii łączą wzajemne rozliczenia i żądza władzy. W ramach tej oligarchii potężne kapitały zdobyte nielegalnymi metodami (również poprzez działania czysto przestępcze) zrastają się z władzą. Publikowane są rankingi oligarchów finansowych, choć niektórzy obecni na tych listach już wkrótce okazują się głównymi oskarżonymi toczących się postępowań karnych. Rzuca się w oczy oczywista analogia pomiędzy działaczami politycznymi a przestępcami. To coś więcej, niż analogia i identyczność. Oni po prostu są jednym i tym samym - pierwszym (widocznym) szeregiem "egzekutorów". Za nimi, ukryci w cieniu, stoją faktyczni finansowi mocodawcy. Ci, którzy podejmują decyzje i zlecają ich wykonanie. Ta władza istnieje na poziomie ponadpaństwowym, będąc „superwładzą". Jej struktury są skrywane i stanowią tabu społeczeństw Zachodu. Oficjalne dementi mówią, że coś takiego nie istnieje. Jedynie od czasu do czasu w mediach przemykają informacje, które jednoznacznie potwierdzają istnienie oraz realną potęgę superwładzy. Władza publiczna nie podejmuje jakichkolwiek ważniejszych kroków bez jej wiedzy i zgody. Trwałym mechanizmem informacyjnym jest eksponowanie władzy politycznej, tworzącej parawan dla mocodawców ekonomicznych. Działania władców współczesnych imperiów finansowych, pozostają ukryte w cieniu. Ich zwycięstwa osiągane na siedząco zza biurek nie rzucają się w oczy, choć są i tacy, którzy bardzo się starają, aby je unaocznić jak najszerszej "szanownej publice". Pierwszym znanym demaskatorem był Jezus Chrystus, który przepędził ze świątyni ludzi biznesu. Równie gwałtowne ciosy zadawał im Marks. Ale ludzie pieniądza prawdopodobnie już następnego dnia wrócili za swoje kontuary, oglądając się po szalbiersku, bo ponowne nadejście Jezusa mogłoby oznaczać kolejny dzień bez biznesu. Nie inaczej było z oburzeniem, które wzbudził Marks - spłynęło ono po kapitalistach, jak woda po gęsi. Tyle tylko, że,rozdzierając szaty, skrócili dzień pracy do ośmiu godzin, bo wcześniej ludzie w fatalnych warunkach pracowali po 16 a nawet 18 godzin i nieraz dosłownie umierali z głodu. Dość wspomnieć zakłady opisywane w klasycznym opracowaniu Engelsa "Położenie klasy robotniczej w Anglii". Tym samym była masowo występująca śmiertelna pelagra spowodowana tym, że robotnicy na plantacjach bawełny w "kochającej wolność" Ameryce karmieni byli głównie stęchłą słoniną. Fundamentem kapitalizmu są ludzkie kości. Rzesze ludzi wyzutych z praw, którzy umarli, pracując ponad siły, są nieprzeliczone. W walce o każde "ustępstwo" przelewano rzeki krwi. Ludzie ginęli na wszystkich kontynentach (z małym wyjątkiem, jakim jest Antarktyda). I bynajmniej nie przez wrodzoną dobroć kapitaliści przestali morzyć ludzi głodem oraz ciężką harówką. Okazało się, że należyte karmienie czasem zwiększa korzyści. Kiedy jednak te korzyści są niewystarczające, drapieżna władza wraca do starego porządku. Tańsze jest przyjmowanie do pracy nowych chętnych niż wydawanie pieniędzy na poprawę warunków bhp. Analogiczne przykłady można by mnożyć w nieskończoność... Tak więc pierwszym krokiem, który uruchamia mechanizm władzy, jest podporządkowanie człowieka człowiekowi i wyzysk człowieka przez człowieka. Potem idą: doprowadzenie do śmierci (zabójstwo), wyniszczenie fizyczne i w końcu zniewolenie ekonomiczne, które przyjmuje postać spętania za pomocą pieniędzy, przy czym władza pieniądza staje się obecnie potężniejsza, niż zniewolenie polityczne. Układ, jak w kartach: mocniejszy od króla jest as ("ase" to starorzymska moneta). Najpotężniejszy jest pieniądz. Coraz bliższy zdaje się zatem ostateczny triumf finansistów (o ile nie zdarzy się Coś Nadzwyczajnego, co zmieni tor tej fatalnej tendencji). Od dawna i w coraz większym stopniu przejmują oni władzę w państwach. Władza w świecie przechodzi (czy raczej już przeszła) w ręce światowych potentatów finansowych. Współcześni politycy są sprzedajnymi i pozbawionymi zasad marionetkami, które podskakują tak, jak zechcą ich niewidzialni rozkazodawcy. Jest to tak ewidentne i niewątpliwe, że stało się stałym i ogranym motywem filmów (również krajowych). Przytaczane fakty bulwersują tym bardziej, że narasta powszechne przekonanie, iż wśród rzeczywistych władców, którzy we współczesnym świecie dysponują całością faktycznej władzy, absolutnie wykluczona jest obecność ludzi rozumnych i uczciwych. Przypomina to stary kawał o Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, która pretendowała do tego, że będzie ostoją mądrości oraz uosobieniem honoru, a nie miała w swych szeregach ani jednego człowieka rozumnego i uczciwego. Dokładnie te same mechanizmy działają w kręgach dowolnej władzy drapieżnej i świadczą o jej istocie. „Wszystko jest na jeden strój", ale z tego powodu rzeczywistość napawa przerażeniem. Władza stanowi prawowite dziedzictwo drapieżców, toteż nie ostanie się przy niej człowiek uczciwy i honorowy. Dla kogoś takiego miejsca u władzy ani nie ma, ani nigdy nie było. A jeśli nawet ktoś taki zaistniał, to nie zagrzał tam miejsca. Dość wspomnieć, jak szybko eliminowani są politycy, którzy próbują uczynić coś dobrego dla zwykłych ludzi albo wprowadzić poważne zmiany realiów politycznych, przy czym cel ich działań pozostaje bez znaczenia. Nawet wtedy, gdy jest on czysto polityczny, zostają zamordowani. Tak dzieje się niechybnie i bezustannie - we wszystkich epokach i na wszystkich kontynentach (i tu wyjątkiem może być jedynie Antarktyda). Ulugbek, Lincoln, Aleksander II, Stołypin, Mahat-ma Ghandi, J.F. Kennedy, Patrice Lumum-ba, Salvador Allende, Martin Luter King... Kiedy politycy usiłują działać w interesie ludu (nieważne czy kieruje nimi uczciwość czy nie) , zostają "zniknięci", zanim zdążą wcielić w życie swoje równościowe projekty. Jeśli do polityki trafiają ludzie uczciwi, o szlachetnych zamiarach, w krótkim czasie (bo takim zazwyczaj dysponują) dokonują rzeczy niezwykłych, które tym mocniej uzmysławiają, czym są łajdackie poczynania szczurów, tworzących sitwę polityczną. Ci nieliczni zapisują najlepsze stronice historii, ale ich dorobek zawłaszczają potwory, które dorywają się do władzy. Tylko popatrzcie, mówią oni, jacy jesteśmy dobrzy i potrzebni. Dla swego narodu robimy, co tylko możemy, nie oszczędzając się ani trochę. Tyle tylko, że warunki nie pozwalają. Wszyscyśmy są równe chłopaki - trochę bandyci, ale tak naprawdę to do rany przyłóż. Największą zaletą owych "równych chłopaków" jest to, że działając "dla dobra swego ludu" co i rusz demaskują oraz pogrążają się nawzajem: Robespierre, Trocki, Bucharin, Sadat... Problem władzy (polityki, państwowości) widziany od strony socjologicznej wydaje się nad wyraz prosty: należy tylko dbać o to, aby wszyscy obywatele przestrzegający prawa i uczciwie pracujący mieli się względnie dobrze i cieszyli się wolnością. Może im się żyć trochę trudno, ale bez nieludzkiego wyzysku i poniżenia. Wszystko to jest naprawdę możliwe, gdy rządy sprawują ludzie mądrzy i uczciwi. Przyzwoite stosunki międzyludzkie zawsze istniały i istnieją obecnie -ich symbolem są wiejskie domy bez zamków i kłódek. Natomiast uczciwości po stronie władzy nie było i trzeba stwierdzić, że mimo usilnych żądań wysuwanych przez elity, wcale się na nią nie zanosi. Choć chciałoby się wierzyć, że kiedyś jednak będzie. Podstawą takiej nadziei jest istniejąca teoretycznie "demokracja bezpośrednia", samoorganizacja społeczności ludzkich. To właśnie ona i tylko ona powinna zastąpić obecnie istniejące metody zarządzania społecznego. Należałoby jednak oddzielić od państwa (podobnie jak tu i ówdzie oddzielono kościół) absolutnie wszystkie służby sprawujące władzę i stanowiące prawo. Państwo z jego aparatem biurokratycznym powinno pozostawić w swej gestii jedynie funkcje techniczne i koordynacyjne, aby istniało jako "zgrupowanie kulturalnych szefów jednostek branżowych" np. ministerstwa łączności czy transportu, natomiast o podstawowych kwestiach społecznych powinien decydować opsobiście lud za pośrednictwem swoich przedstawicieli. "Dopóki aparat zarządzający służy dobru społecznemu, stanowi niezbędną część społeczeństwa. Kiedy jednak aparat państwowy zaczyna uzurpować sobie rolę zarządcy społeczeństwa i zastrzega sobie niezależność w decydowaniu o jego spra- wach oraz możliwość działania wedle własnego uznania, staje się najgorszym wrogiem społeczeństwa i należy go traktować tak, jak szkodnika. Praktyczne funkcjonowanie takiego naturalnego ładu społecznego budzi jednak sporo wątpliwości i w przewidywalnej przyszłości wydaje się trudne do urzeczywistnienia. Równie oczywiste wydają się psychologiczne aspekty problemu władzy. Cechy drapieżne jako dominujące wyznaczniki obecnych przedstawicieli władzy czynią ich najbardziej niepożądanym materiałem ludzkim. Należałoby stworzyć inteligentny i samoorganizujący się układ społeczny, uznając obecnych organizatorów aktywności społecznej za moralnie niepoczytalnych, ponieważ nie dysponują oni rozumem, pojmowanym jako zdrowy rozsądek podbudowany dobrocią, motywami działania dla wspólnego dobra i sumieniem. Wszystko po to, aby wykroczyć poza tragikomiczną zależność wyrażoną w porzekadle "szewc bez butów chodzi". To, że władzę sprawują istoty pozbawione rozumu, przypomina sytuację, w której "guzik atomowy" spoczywa w rękach tresowanej małpy. Znane jakobińskie określenie najwyższych władców - "koronowane bestie" było i ciągle jeszcze pozostaje prawdziwe (choć chyba, nieco krzywdzi naszych "braci mniejszych", co zapewne nie było zamiarem jakobinów). Równocześnie dla drapieżców władza stanowi najbardziej łasy spośród wszystkich kąsków. Jest dla nich wszystkim i zastępuje wszystko. Właśnie dlatego drapieżni pretendenci do władzy nie posiadają żadnego celu wyższego, żadnej bardziej uświęconej misji osobistej, a deklaratywne sformułowania typu "dobrostan ludu i rozkwit ojczyzny" są w ich ustach zwykłymi frazesami. Ich faktyczne cele są skrajnie ubogie. Przeważnie jest to prymitywny hedonizm - pragnienie posiadania i pogoń za uciechami w coraz bardziej wyrafinowanych formach. To kupno jak największych brylantów, jak najwspanialszych obrazów, największych samochodów. To budowanie willi, która góruje nad innymi i równocześnie dysponuje najgłębszym schronem. "Doktor" Ahmed Sukarno potrafił całymi godzinami stać przed lustrem i sycić się własnym widokiem. W tym samym czasie w trosce o urodę Dżakarty z miasta wywożono ciężarówkami upolowanych na ulicach nędzarzy, aby nie szpecili "wizytówki" kraju. Również Anwar Sadat troszczył się o własną powierzchowność nie mniej niż jego indonezyjski kolega. Dysponował trzema rodzajami uczesania: zwykłym do głowy oraz specjalnymi do brwi i wąsów. O jakim więc "dobrostanie ludu" może być mowa. Napoleon nie prowadził wojem w imię dobra Francuzów, lecz urzeczywistniał swoją ubolewania godną pasję, jaką była "sztuka wojenna". Stalin forsował rozwój kraju bynajmniej nie dla dobra ludu, bo w imię swego celu wyniszczył mnóstwo, mnóstwo ludzi. Upojenie sławą i władzą oraz walka o nią zajmują całą ich świadomość. Takty- ka i strategia walki o własną władzę (również o jej utrzymanie) pochłaniają ich bez reszty. Niewiele brakuje, a zapomnieliby o przelaniu pieniędzy na szwajcarskie konta. Choć pod tym względem decydenci naszych czasów są wyjątkowymi pedantami. Czasami w ramach "odsapki od nawału obowiązków" odskok w ochlaj, orgię albo, jak kto woli, w polowanie. Władza sama w sobie okazuje się niewystarczająca i pojawia się nuda. Stąd konieczność polowań. Najczęściej w stylu "cesarskim" - morderczych, bezwzględnych i pełnych kłusowniczego okrucieństwa. Polujący dygnitarze czerpią z tego satysfakcję, którą da się porównać jedynie z uciechami dzieciństwa, kiedy ich ofiarami stawały się wieszane psy i palone żywcem koty. Dość wspomnieć, jak Jelcyn przed skomplikowaną operacją kardiologiczną zastrzelił dla swojego serdecznego przyjaciela Helmuta Kohla 50 kaczek i "powalił" dzika. Zaś po operacji ustrzelił kolejnego dzika. Po prostu, nie mógł wytrzymać! Bo jakże można, żyć i nikogo nie zabijając?! Byłoby zapewne bardzo interesujące (przynajmniej dla naukowców), gdyby udało się szczegółowo poznać, o czym myśleli podczas swych "państwowotwórczych działań" Napoleon, Tamerlan, Lenin, Stalin, Hitler, Churchil, Pol-Pot i Mao Zedong a także inni zbliżeni do nich rangą. Jakież myśli rodziły się w umysłach owych osób fizycznych, prawnych i zoopsychologicznych. Gdyby ich zahaczyć, ale bez blagi, jak u psychiatry, czego tak naprawdę pragną od życia? Niestety, jest to niewykonalne. Nawet wtedy, gdy stają przed trybunałem, jak to miało miejsce podczas Procesu w Norynberdze, czy gdzieś jeszcze, rozmowa z nimi nie może być szczera. Albo się usprawiedliwiają lub odgryzają, co bynakmniej nie rozjaśnia motywów, którymi się kierowali. Istnieją, jak wiadomo, bogate zbiory dzienników i pamiętników napisanych przez byłych mężów stanu. W całej tej pisaninie zawarta jest taka "prawda", że każdy z nich był święty, natomiast cała reszta to kanalie, jakich mało. Na dodatek książki tego typu pełne są wydarzeń i czynów, a nie ma w nich motywów i głęboko ukrytych mechanizmów postępowania głównych postaci światowej areny politycznej. To relacje typu : veni, vidi, vici, a więc przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem, natomiast brak wspomnień w rodzaju: "posiedziałem, pomyślałem, wziąłem kapotę i poszedłem do domu, bo chciało mi się...". W takiej "skarbnicy wspomnień" nieco światła na zoopsychologiczne motywy działań hominidów drapieżnych rzucają relacje skazanych na egzekucję lub dożywotnie więzienie wielokrotnych morderców typu: Czi-katilo, Panser... |