Pod prąd Drukuj

Pomimo wojny, jaką rozpętał komendant Straży Miejskiej oraz próby wciągnięcia redakcji w gry polityczne, powracamy do zagadnień edukacyjnych. Tematem wciąż aktualnym i niezgłębionym  jest nasze zdrowie  -  psychiczne i fizyczne. W obliczu ciągłych zawirowań związanych ze służbą zdrowia będą również publikowane materiały dotyczące medycyny naturalnej. W najbliższym czasie ukażą się także ciekawe artykuły dotyczące psychologii  zarządzania i biznesu.

 

Ścisły związek duszy i ciała

Jesteśmy spętani olbrzymią ilością zakazów społecznych.
A negatywne emocje rozdrażnienia pozostają bez odreagowania, są spychane do wewnątrz.

Wszyscy wiedzą o istnieniu chorób, które powstają „na tle nerwowym”. Najpowszechniejsze z nich to choroba wrzodowa, zawał, egzema. Już Hipokrates brał pod uwagę ścisły związek duszy i ciała. Termin „psychosomatyka” został wprowadzony do języka naukowego 180 lat temu przez lekarza niemieckiego, Heinrotha. Termin ten odzwierciedla rolę czynników psychiczno-emocjonalnych w pochodzeniu szeregu chorób somatycznych.

 

„Mózg płacze, a łzy lecą do serca, wątroby, żołądka...”

Oczywiście praktycznie wszystkie choroby człowieka są tak czy inaczej powiązane z jego psychiką, z jego układem nerwowym. Dlatego, mówiąc ściśle, możemy nazywać jakiekolwiek objawy chorobowe objawami psychosomatycznymi tylko w przypadku, kiedy udaje nam się ustalić bezpośredni związek, bezpośrednią zależność wystąpienia tych objawów od odpowiednich czynników psychiczno-emocjonalnych, od jakichś konkretnych zdarzeń.

Alergia na... szefa
Co innego, gdy alergiczny nieżyt nosa, zwany pospolicie katarem siennym, dopada człowieka każdej wiosny, gdy zakwitają rośliny, na które jest uczulony. Tutaj nie możemy mówić o psychosomatyce.
Zupełnie inny obraz powstaje, gdy ten człowiek zaczyna kichać i lecą mu łzy z oczu, kiedy przekracza próg gabinetu jednego z dyrektorów firmy, w której pracuje. Ten dyrektor to człowiek o trudnym charakterze, „wątrobiarz”, z którym naszemu bohaterowi się nie układa. Ma rozwiniętą, w sensie dosłownym, alergię na tego dyrektora.
Nierozładowane napięcie, chroniczny niepokój, chroniczne przemęczenie i stan przygnębienia jest w stanie spowodować odczucie choroby nawet u ludzi całkiem zdrowych fizycznie.
I po co schodziliśmy z tego drzewa?
Nasi dalecy przodkowie reagowali na wszystkie bodźce zewnętrzne natychmiastowym działaniem, bez niepotrzebnych rozmyślań: zjawiła się zdobycz - ścigaj ją, napadł wróg - broń się, zagraża niebezpieczeństwo - uciekaj. W ten sposób wszystkie ludzkie przeżycia i problemy były od razu przepracowywane, rozładowywane za pomocą układu mięśniowego. U człowieka współczesnego również każdy stres prowadzi do wydzielania adrenaliny - hormonu czynu. Ale już dawno temu wyszliśmy z jaskiń i zdecydowanie nie zawsze mamy możliwość takiego sposobu rozładowania. Przypomnijmy sobie np., jak zaciskają się pięści i sztywnieją szczęki, gdy chce się odpowiedzieć komuś, kto nas obraził.

Jesteśmy spętani olbrzymią ilością zakazów społecznych.
A negatywne emocje rozdrażnienia pozostają bez odreagowania, są spychane do wewnątrz.

W efekcie powstają tzw. tiki nerwowe: drgania mięśni twarzy, mimowolne ściskanie i rozluźnianie palców rąk, drżenie nogi. Np. ktoś na kierowniczym stanowisku w czasie ważnego spotkania otrzymał przez telefon niemiłą wiadomość, można powiedzieć, wręcz sygnał zagrożenia. Chciałby natychmiast zacząć działać, wstać, gdzieś pójść. Ale nie może tego zrobić i jego noga zaczyna bardzo silnie drgać, dosłownie cała chodzi, przy czym on sam tego nie zauważa.
Emocje człowieka, których pierwotnym przeznaczeniem jest mobilizacja do obrony, teraz najczęściej są tłumione, sytuowane w kontekście społecznym. A z biegiem czasu wyrodnieją, przestają nawet być uznawane przez ich posiadacza i mogą stać się przyczyną procesów destrukcyjnych w organizmie. Nieodreagowane uczucia często sprzyjają chorobie. Oto jeden z przykładów. Młody, dobrze się zapowiadający szef źle znosi mówienie do niego podniesionym głosem, krzyk, używanie pod swoim adresem słów niecenzuralnych. Po spotkaniu z własnym przełożonym, który wszystkiego tego nadużywa, przez godzinę lub dwie dochodzi do siebie, czuje się zupełnie rozbity, chory. W trakcie takich interakcji doznaje silnych emocji: protestu, niezadowolenia, gniewu, które są poddawane silnemu stłumieniu, spychane do wewnątrz. Nagromadzenie nieodreagowanych skłonności agresywnych prowadzi do zaburzeń psychosomatycznych i ten człowiek, mimo młodego wieku, cierpi na nadciśnienie.
Uczeni sądzą zresztą, że nadciśnienie jest związane z istnieniem konfliktu między wysokim poziomem społecznej kontroli zachowania a niezrealizowaną potrzebą władzy u danej jednostki. Niezaspokojona potrzeba wywołuje agresywność, której człowiek nie może okazać z powodu konwencji społecznych. W tym przypadku widzimy taki właśnie obraz.
Tego typu zaburzenia psychosomatyczne są charakterystyczne raczej dla „drugich po Bogu” w firmach, niż dla „pierwszych”. Właśnie dlatego, że prezesi, dyrektorzy mogą bezpośrednio odreagować behawioralnie swoje emocje, mogą je otwarcie wyrazić, a ich zastępcy ze względu na okoliczności są oczywiście zmuszeni do ich opanowywania.

W naszym organizmie jak w lustrze odbija się wszystko, co być może starannie ukrywamy
sami przed sobą.

Ale wcześniej czy później problemy psychologiczne, gromadząc się wewnątrz, zaczynają dosłownie wychodzić na wierzch, wyrażać się na poziomie naszej fizjologii w postaci takich czy innych chorób.

W ten sposób, mówiąc językiem profesjonalistów, następuje somatyzacja problemu.
To jest to, o czym pisał Zygmunt Freud: „Jeśli wyrzucamy problem drzwiami, to w postaci objawu pcha się on oknem”. U podstaw psychosomatyki leży pewien mechanizm obrony psychologicznej, zwany wyparciem - staramy się wtedy nie myśleć o kłopotach, w pewnym sensie odrzucać od siebie te problemy, nie analizować ich, nie stykać się z nimi twarzą w twarz. W ten sposób wyparte problemy psychologiczne przechodzą z poziomu, na którym powstały, tj. z poziomu relacji interpersonalnych, z poziomu społecznego - na poziom ciała fizycznego.


Ucieczka w chorobę
Często objaw przynosi umowne korzyści, jest jakby alibi, które pozwala człowiekowi nie stykać się z pewnymi nieprzyjemnymi dla niego sytuacjami. Jeśli rodzice pozwalają dziecku nie iść do szkoły z powodu kataru, kiedy czeka je w szkole trudna klasówka, to z dużą dozą prawdopodobieństwa w dorosłym życiu zachoruje na grypę w przeddzień ważnego a niepożądanego spotkania. Zaobserwowano, że jeśli człowiek ma duże poczucie obowiązku, odpowiedzialności, to gorączka, której dostaje w takich przypadkach, zwykle jest wysoka i objawy też dosyć ciężkie. Jeśli zaś poczucie obowiązku takiego człowieka nie jest zbyt duże, to wystarczy mu jako alibi 37,2. Ale nie trzeba myśleć, że ktoś taki udaje; on całkiem szczerze jest chory. Psychosomatyka występuje w tym wypadku w charakterze jego obrony psychologicznej i redukuje konflikt między z jednej strony niechęcią do pójścia do pracy, a z drugiej umową społeczną, poczuciem obowiązku. Choruje i z czystym sumieniem zostaje w domu.
W tym celu „wykorzystuje” najsłabsze miejsca, istniejące w organizmie. Może to być zaostrzenie przewlekłej choroby, jeśli np. ktoś cierpi na migrenę, to z dużą dozą prawdopodobieństwa zaboli go głowa, a u kogoś innego będzie to atak choroby wrzodowej. Ale w jednym i w drugim przypadku prawdziwą przyczyną jest niechęć do uczestniczenia w jakimś przedsięwzięciu.
Czasem człowiek sporo w tym celu poświęca. Przypomina mi się przypadek młodego biznesmena, który bardzo nie chciał jechać w odpowiedzialną delegację, ale odmówić nie mógł. W efekcie stracił władzę w nodze - wyjątkowo rzadki w dzisiejszych czasach przypadek porażenia histerycznego. Fakt, że miał wtedy bardzo silną motywację, ponieważ istniało realne niebezpieczeństwo nie tylko straty mnóstwa pieniędzy, ale wręcz zagrożenie życia. Paraliż trwał nieco ponad tydzień i gdy niebezpieczeństwo minęło, wszystko szczęśliwie przeszło.
Często choroba ma swoje przesłanie i ważne jest zorientowanie się, „dlaczego zachorowałem albo po co zachorowałem”. Najpowszechniejsza, każdemu znana sytuacja - nagły a niespodziewany ból głowy. Taki ból ma mnóstwo różnych wariantów. Ale kiedy powstaje podczas niemiłej rozmowy, przy podejmowaniu trudnej decyzji, w czasie zdawania egzaminu czy po kłótni małżeńskiej, należałoby zapytać siebie:
Na jaki temat boli mnie głowa?
Psychologiczne spojrzenie na problemy psychosomatyczne zakłada metaforyczne rozumienie choroby i próbę rozeznania się w tym, co człowiekowi chce powiedzieć jego choroba. A to dlatego, że objawy są gramatyką języka naszego ciała. Co znaczy, że jeśli nauczysz się rozumieć ten język, to nauczysz się być zdrowym.
Często zwykłe uświadomienie sobie sensu objawu prowadzi do jego zniknięcia. Przecież to znaczy, że człowiek znalazł w sobie odwagę, by być uczciwym wobec samego siebie, uświadomił sobie i zaakceptował problem, o którym krzyczało we własnym języku jego ciało. Jeśli rozumiem, że duszę się ze złości na widok określonej osoby, to mam nadzieję, że jakoś tam rozwiążę swoje problemy z relacjami z nią, zamiast wylądować w szpitalu z atakiem astmy.
Choroba może być fizycznym ucieleśnieniem jakiegoś wyrażenia. Dosyć częste są tzw. objawy dosłowne. To jest język, w którym rozmawia z nami nasze ciało. Czasem jest nam „ciężko na sercu”, „kręci się nam w głowie”, „mdli nas” wskutek nieprzyjemnej sytuacji czy pracy, która nam się znudziła, „nogi się uginają” ze strachu. Może też „dusić nas” złość, możemy się „zachłysnąć” przepełniającymi nas emocjami.
Nasz organizm jest bardzo mądry. Wciąż próbuje on rozmawiać z nami, podpowiadać nam, ale często tego nie dostrzegamy i w dalszym ciągu stwarzamy i „gromadzimy” choroby. Jeśli zaś nauczymy się rozumieć język ciała, to potrafimy uniknąć poważnych problemów ze swoim zdrowiem. Rozszyfrowując ten czy inny objaw psychosomatyczny, możemy dotrzeć do istoty problemu, który do niego doprowadził. Istnieją symboliczne zgodności treści problemu z taką czy inną częścią naszego ciała.
Pewien człowiek na stanowisku cierpiał na wyjątkowo niemiłą chorobę skóry - łuszczycę. Jego twarz była pokryta czymś w rodzaju skórki. Okazało się, że ten człowiek zawsze dążył do roli „szarej eminencji”, do tego, by stać w cieniu i nikomu nie pokazywać swojej prawdziwej twarzy. Łuszczyca stworzyła mu taką maskę.


Organizm karze sam siebie
Jeszcze jedną powszechną przyczyną wielu urazów i zaburzeń somatycznych jest wymierzanie sobie kary. Jeśli człowiek popełnia czyn z jego punktu widzenia nieprzyzwoity, czasem nieświadomie wymierza sobie karę. Ból jest wyrazem poczucia winy. Przypominam sobie przypadek głównej księgowej w pewnej firmie, w której wykryto duże manko. Ręce tej kobiety pokryte były egzemą.
Jeśli założyliśmy, że taka czy inna choroba konkretnego człowieka ma naturę psychosomatyczną, to niezbędna jest analiza tego, co się kryje za tymi objawami - wewnętrzny konflikt motywacji czy konflikt społeczny, zakłócenia w interakcjach z osobami znaczącymi, zakłócenia w interakcji z otoczeniem? Niezbędne jest rozeznanie się w tym, na co organizm reaguje chorobą, z jaką informacją pragnie do nas dotrzeć.

Jeśli choroba powstała w odpowiedzi na nieodreagowane emocje, czasem rozsądne bywa poszukiwanie sposobów cywilizowanego wyrażania tych emocji, skonstruowanie tzw. negatywnego sprzężenia zwrotnego, oczywiście w formie akceptowanej społecznie. Zamiast milczeć i spychać swój protest, swój sprzeciw do wewnątrz, można ośmielić się popracować z psychoterapeutą w celu transformacji swoich interakcji, w celu ich gruntownej przemiany.
Jeszcze jedną drogą jest uruchomienie innych, bardziej aktywnych sposobów obrony psychologicznej. Przecież wyparcie, na którym, jak pamiętamy, oparte jest powstawanie zaburzeń psychosomatycznych, należy do biernych sposobów obrony psychologicznej. Ludzie o bardziej aktywnych nastawieniach wewnętrznych korzystają zwykle z innych sposobów, w szczególności z takich, jak sublimacja, tj. przeniesienie swojej energii z mniej udanej dziedziny na tę, w której się odnosi więcej sukcesów, „odreagowanie motoryczne” - sport, ruch.
Ruch i przestrzeń są niezbędne ludziom, często zamkniętym w wąskich granicach swojego biura czy swojego samochodu. Przełączenie się na inny rodzaj aktywności, wszelkie rodzaje czynnego wypoczynku są bardziej polecane, niż bierny wypoczynek.
Charakterystyczne jest dla wielu osób na stanowiskach, że odpoczywają w tym samym kręgu, wśród tych samych osób, z którymi na co dzień stykają się służbowo. Często otaczają ich ludzie, z którymi pozostają w skomplikowanych relacjach, w konflikcie jawnym bądź ukrytym. Odpoczynek wielu osób na stanowiskach to dalszy ciąg ich pracy i naturalnie wątpliwe, żeby tam mogli znaleźć ratunek przed pewnymi zaburzeniami. Dlatego niezależnie od zmiany sytuacji pożądana jest zmiana otaczających ludzi, niechby to byli starzy przyjaciele, koledzy ze szkoły czy z wojska, słowem, ludzie, z którymi nie są związane nasze powszednie cele, z którymi nie mamy czym się dzielić, w relacjach z którymi nie musimy przez cały czas „utrzymywać się w roli”.
Ale najważniejsze - nie wolno zapominać, że zaburzenia psychosomatyczne to znak zakłóceń w kontakcie człowieka z sobą samym. Niezbędna jest odbudowa tego kontaktu.
Forum Psychologiczne- Tatiana Gotlib