Yin i Yang wyboru Drukuj

„Jeśli nie wiesz, do którego portu płyniesz, żaden wiatr nie będzie ci sprzyjał”


Całe nasze życie składa się z „tak” i „nie”. Cały nasz świat to „tak” albo „nie” - to wybór, ciągła pokusa. Wydaje nam się, że głosując za jednym wariantem, tracimy inny, ale takie poczucie może wynikać również z tego, że jednoznaczna odpowiedź jest odpowiedzialnością za konsekwencje.

Czy jest pan pewien?
Z każdą epoką człowiek podejmuje coraz więcej decyzji. Nasi praojcowie nie podejmowali tylu decyzji przez całe swoje życie, ile nam jest pisane podjąć przez rok. Tym bardziej dziwne, że nie nauczyliśmy się jeszcze mówić „tak” lub „nie”, nie przyzwyczailiśmy się do tej jednoznaczności w nieokreśloności wyboru.

Cóż tu zresztą mówić o sytuacji wyboru - czasem i bez tego trudno nam jednoznacznie wyrazić uczucia. Słysząc komplement lub pochwałę, łatwiej jest się tłumaczyć, niż przyznać do ich słuszności. Propozycja pomocy krępuje nas - czy to ze strachu przed okazaniem swojej słabości, czy z fałszywej skromności, która jest przyjaciółką sztuczności.

I to wszystko dzieje się w czasach, kiedy umiejętnością sformułowania wymagań lub prośby o wsparcie często wykonuje się połowę roboty.
Przeczytałem kiedyś ciekawy epizod z życia Doliny Krzemowej. Pewien nowator poszukiwał kapitału i w tych poszukiwaniach chodził do autorytatywnych osobistości, które słysząc o jego pomyśle, nawet nie chciały z nim rozmawiać. W końcu jeden z nich postanowił pomóc temu młodemu człowiekowi. Nie dał mu pieniędzy, ale zaprosił go do najbardziej prestiżowej restauracji i po prostu zjadł z nim kolację. Następnego dnia wszyscy potencjalni inwestorzy wiedzieli o tym spotkaniu, ożywili się i byli gotowi do rozpatrzenia oferty.
Po co to piszę? Zapewne dlatego, że zarówno „tak”, jak i „nie” może być różne. Zawsze ma jakiś podtekst. Tutaj nakładają się jeszcze cechy kulturowe. Dajmy na to, za komuny precyzja tych dwóch krótkich słów nie była oczywista. Uczyliśmy się czytać między wierszami, choćby to były oficjalne komunikaty drobnym drukiem w „Trybunie Ludu”.
Może dlatego, a może jeszcze z jakiegoś prostszego lub bardziej skomplikowanego ogólnoludzkiego powodu odzwyczailiśmy się od rozumienia przez „tak” całkowitej i jednoznacznej zgody, a przez „nie” - wyraźnego i nieodwołalnego sprzeciwu.
Mnie się wydaje, że przyczyna jest zawsze taka sama: zdecydowanie się zakłada odpowiedzialność. A odpowiedzialność znaczy działania, a czasem nawet wtargnięcie cudzych pragnień w rozkład naszego życia, i bez tego wypełniony. Nauczyliśmy się uciekać od odpowiedzialności. Staliśmy się specjalistami od takich ucieczek, choć często sukces mierzy się umiejętnością łagodnego lawirowania właśnie pomiędzy „tak” a „nie”.

 

„Lepiej, żeby odmówił”
- mawiamy rozczarowani spotkaniem, na którym nie zapadła w naszej sprawie określona decyzja. Ale gdy naszym zadaniem jest udzielenie jednoznacznej odpowiedzi, czasem trudno to znieść: gryzą nas wątpliwości.
Nie podejmować się odpowiedzialności to, w istocie rzeczy, podstawowe zadanie naszego „ja”. Będzie ono broniło swoich pozycji w każdej sytuacji. To, jacy dziś jesteśmy, jest efektem całego zbioru odpowiedzialności, które „ja” w swoim czasie odrzuciło. Bez treningu, bez rozciągania „ja” nigdy  nie staniemy się nikim innym.
Stąd wniosek: branie na siebie odpowiedzialności to jedyna droga do poszerzania granicy możliwości, do rozwoju osobowości.
W tym przypadku „tak” i „nie” to przyrodnie rodzeństwo: inne konsekwencje, ale ta sama odpowiedzialność.
Ale po kolei. Najpierw - o samym wypowiadaniu na głos tych fatalnych, przeklętych słów. Potrenujmy to, aby dalsze, bardziej filozoficzne rozważania o tych yin i yang naszego życia nie okazały się bez sensu.
Postarajmy się przez jakiś czas odmawiać prośbom, ale nie według wzoru „nie mogę, bo...”, tylko po prostu, krótko „nie”. Przy czym naszym zadaniem jest urozmaicanie tego aktu - nie powtarzajmy sposobu, intonacji, nastroju, w jakim wydajemy wyrok. Już odzwyczailiśmy się od pytania w sklepie „czy jest...”, ale pamiętamy odpowiedzi ekspedientek: „Nie ma i nie będzie”. Przecież można to powiedzieć na różne sposoby...


Mechanika wyboru

Co wybierasz: czerwone BMW czy wakacje na Riwierze? A dlaczego? Jeśli zaczynamy teraz przytaczać argumenty, rozważać warunki, to już nie jest wybór - to jest decyzja. Psycholog może oponować: „Bzdura! Człowiek nie może abstrahować od podoba się - nie podoba się, chcę - nie chcę i wszystko jedno, czy to nazwiemy decyzją, czy wyborem”. A co, jeśli człowiek na krótki czas schowa wiedzę do szuflady
i spróbuje rozgraniczyć te pojęcia na podstawie jakiejś innej cechy?
Oczywiście nie w tym rzecz, że wybór jest decyzją bez argumentów. Decyzja odnosi się do przeszłości, jest ekstrapolacją minionych doświadczeń. Wczorajszą wiedzę wkładamy w próbę przepowiedzenia jutra. A wybór jest modelowaniem jutra, niezależnym od „wczoraj” i „dziś”. Jest stworzeniem relacji z przyszłością, zawarciem z nią umowy.
Mówiąc jakiemuś wariantowi „tak” lub „nie”, myślimy albo kategoriami: „To mi podpowiada moje doświadczenie, ufam mu i obarczam je całą odpowiedzialnością za decyzję”, albo innymi: „Niezależnie od doświadczenia
(a to wcale nie musi znaczyć: na przekór doświadczeniu) wybieram nie tylko alternatywę jako taką, ale też wszystkie konsekwencje, związane
z tym wyborem, wybieram to w sensie brania na siebie odpowiedzialności”.
Nie trzeba wyłączyć świadomości, by wybór stał się możliwy. Wręcz przeciwnie - wybór jest dostępny raczej dla kogoś, kto realistycznie od razu myśli o jego konsekwencjach.
„Skórka od banana”, na której się można pośliznąć, polega na tym, że tak naprawdę nie mówimy wyraźnie „tak” lub „nie” temu, na czym zatrzymujemy wzrok. W pewnym sensie skaczemy, ale próbujemy utrzymać się w powietrzu pośrodku skoku i wpadamy
w stan zawieszenia. Wiecie, co się może stać, jeśli spróbujemy zastygnąć w połowie skoku? W którą stronę zwykle się spada?
Te stany między „tak” a „może tak, o ile...”, i odpowiednio między „nie” a „oczywiście, spróbuję, ale...” nie tylko odbierają naszym działaniom siłę, ale wprowadzają w życie brak równowagi. Seneka mawiał:

„Jeśli nie wiesz, do którego portu płyniesz, żaden wiatr nie będzie ci sprzyjał”.


„Nie” jako interwencja chirurgiczna

W istocie rzeczy odmowa jest bardzo bolesna dla nas samych. Rani ambicję, ponieważ może wyglądać na bezsilność. Poza tym odmowa jest ryzykowna o tyle, o ile często budzi
w naszych bliźnich nieuświadomioną chęć manipulacji, a my boimy się, że nie poradzimy sobie z szantażem
w stylu: „Jeśli tego nie zrobisz, to moje nieszczęście będzie twoją winą”. Wreszcie bycie obok negatywnych emocji innego człowieka już samo
w sobie jest bólem i dyskomfortem.
Dlaczego ze znacznie większym powodzeniem mówią „nie” ludzie, którym w życiu często odmawiano? Może, wbrew pokutującej opinii, powodem nie jest złość i zemsta, lecz to, że człowiek po prostu zna to uczucie, wiele razy go doświadczył, przepracował je i może spokojnie być obok osoby przeżywającej odmowę.
Zbadajmy uważnie swoje mechanizmy, działające przy negatywnej odpowiedzi. Co nas obraża, denerwuje, co nas przyprawia o złość? Popatrzmy, co nas trzyma, czego się boimy, zwlekając z odpowiedzią?
Czas zacząć właśnie badać te odczucia, a nie wstydzić się ich i chować jeszcze głębiej w sobie. Ostatecznie mamy prawo do doświadczania każdego uczucia, czego dowodzi Międzynarodowa Deklaracja Praw Człowieka. Ale poza badaniem musimy jeszcze nauczyć się panować nad tymi stanami, dobrze byłoby umieć odmawiać inteligentnie, poprawnie.
O ile konstruktywne wysłuchanie odmowy jest tylko nawykiem poskramiania swojej urażonej ambicji i ćwiczeniem pożytecznej, moim zdaniem, zasady „nikt nikomu nie jest nic winien”, o tyle odmawianie innym jest sprawą znacznie bardziej delikatną.
Niewątpliwie krótkie „nie”, nie poparte żadnymi innymi działaniami, wygląda na poniżające. Praktyka wykazała, że najbardziej adekwatną metodą jest przejście razem z proszącym przez ból jednoznacznej odmowy wraz z późniejszym ciągiem rehabilitacji. Zaraz to wyjaśnię.
Aby stać się mistrzem w sztuce odmowy, trzeba być po trosze chirurgiem, pokochać w sobie sadystę. Jeśli już się zdecydowaliśmy spuścić gilotynę na głowę „skazańca”, to nie zwlekajmy - wygląda to na znęcanie się. Nie trzeba kilka razy się przymierzać, wychodzić na papierosa, próbować dokonania egzekucji różnymi nowatorskimi metodami. To będzie istotnie sadyzm.
Musimy po prostu wyraźnie powiedzieć „nie” i umilknąć, akceptując
i współprzeżywając cały zestaw emocji, który w chwili wyroku wybuchnie w rozmówcy. Przecież bycie odrzuconym naprawdę jest bolesne. Dlatego niepotrzebne są nadzwyczajne sposoby odrzucania - im prościej, tym tak naprawdę bardziej bezboleśnie.
Nasze pragnienie podjęcia racjonalnych rozważań nie jest niczym innym, niż pretekstem do uniknięcia przepuszczenia przez siebie
cudzego bólu...
Cóż tu mówić o przepuszczaniu - sama obserwacja cierpień innego człowieka jest trudna do zniesienia.
Co więcej, jako zawodowiec w swoim fachu musimy potwierdzić jednoznaczność swojej odmowy kontrolnym strzałem w skroń. Pokręćmy głową, kiedy on po raz kolejny z prośbą o zmianę werdyktu podniesie na nas wzrok, jakbyśmy mówili: „wiem, że to boli, ale mówię - nie”.
Na tym rola kata, dzięki Bogu, powoli się kończy. Chociaż samo „nie” pozostaje i jest w niewidoczny sposób nadal obecne, potrzebna jest przestrzeń, w której nasz rozmówca upora się z emocjami i znajdzie w sobie siłę do racjonalnego dialogu.
Dopiero teraz, kiedy jego mózg zaczyna funkcjonować, szukając w pośpiechu innego rozwiązania, możemy wziąć jakiś tam udział w jego losie. Mówię „jakiś tam”, ponieważ istnieje niebezpieczeństwo, że udział będzie oceniony jako wielkoduszność i możliwość amnestii. A nie powinniśmy dawać powodu do ponownego pojawienia się nadziei. Dlatego nie bierzmy na siebie rozwiązania problemu, nie odbierajmy inicjatywy. To też zagrożenie, spowodowane przez nasze urażone „ja” - przecież jestem dobrym człowiekiem, jak mogę pozostawać
z boku, szczególnie po tym, jak go tak bezlitośnie rozczarowałem. Na tym etapie rozmowy (nie wcześniej) możemy czasem wytłumaczyć własny powód odmowy albo zaproponować jakieś alternatywne rozwiązanie. Ale jednoznacznie i nieodwołalnie potwierdźmy profilaktycznie po raz kolejny niemożność spełnienia jego pierwotnej prośby.
Czy mechanizm jest jasny? Skoro tak czy inaczej mamy komuś zadać ból - nie trzeba tego odwlekać - to poniża. Ale pozostać obojętnym, gdy ten ból już zadamy, to okrucieństwo, a zatem i ryzyko dla dalszych wzajemnych relacji. Pomoc jest możliwa tylko wtedy, kiedy proszący rozumie, że ta pomoc nie jest powrotem do początku rozmowy, lecz poszukiwaniem kompromisów albo innych wariantów rozwiązań. I wreszcie zakończenie rozmowy, trudnej i bolesnej dla obydwu stron - obarczenie odpowiedzialnością samego proszącego: jest dorosłym człowiekiem i sam powinien za siebie odpowiadać.

Tak i jeszcze raz tak!
Mówienie „tak” jest znacznie bardziej komfortowe. Jeśli możemy, to z miłą chęcią skorzystamy z pretekstu do połechtania swojej próżności. Wielkoduszna zgoda nie rusza naszych podświadomych lęków i nie jest brzemienna w skutki w postaci opisanych powyżej krwawych bojów. Wprost przeciwnie - zwycięski przemarsz kawalerii przez ulice miasta, triumf obywateli i hołdy pięknych pań. Czapki z głów, oklaski i naturalnie dziękczynienie.
To dlaczego czasem tak trudno wymówić to słowo?
Nawet sami sobie od niepamiętnych czasów nie mówimy jednoznacznie „tak”, by potem się nie rozczarować albo w bolesny sposób nie spaść
z wysokości, nie przeżywać straty.
Już od dawna nie myślimy do przodu, nie planujemy poważnych osiągnięć, ponieważ wszystko, co się dalej będzie działo, będzie sprawdzianem naszego zdecydowania i wierności swojemu marzeniu. Już lepiej o niczym nie marzyć i w ten sposób pozostać przy niesplamionej opinii człowieka honoru (nic nie obiecałem, a więc nic nie muszę) i zachować wiarę w siebie. Czyż nie?
Tutaj też potrzeba nawyków. Często spotykam ludzi, którzy uważają, że niezmywalną plamą na honorze jest nieudzielenie odpowiedzi od razu. Taki stereotyp przeszkadza w podejmowaniu decyzji i to nie tylko pozytywnych. Tymczasem przyznanie się do tego, że nie zna się odpowiedzi na każdą okoliczność życiową - że trzeba się zastanowić, jeśli wpływa na autorytet, to pozytywnie.
Zróbmy sobie przerwę. To jest pożyteczne praktycznie zawsze z wyjątkiem przypadków, gdy staje się sposobem na unikanie decyzji. Ten stan odróżnia od ucieczki przed odpowiedzią tylko istnienie dokładnej daty lub godziny zakończenia.
Nie zamierzam wyliczać tutaj kryteriów, na podstawie których podejmuje się decyzje. Ale są sprawy, które dobrze byłoby wyjaśnić w procesie poszukiwania odpowiedzi. Pożyteczne jest stawianie sobie pytań. Oto niektóre z nich:
- Czy moje „tak” dyktuje mi moja własna wola, czy coś mnie do tego zmusza: lęk, litość czy jakaś pokusa?
Sądzi się, że człowiek nigdy nie będzie wystarczająco efektywny, gdy robi coś z przymusu. Zresztą to twierdzenie jest dyskusyjne.
- Czy to mój wolny wybór, czy jestem manipulowany?
Zabawa w manipulację w 99% przypadków nie przynosi ofierze zwycięstwa. To zawsze straty: emocjonalne, fizyczne, materialne i wreszcie utrata zaufania.
- Co stracę, a co zyskam, gdy powiem „tak”?
Udzielając odpowiedzi, spróbujmy przynajmniej wyobrazić sobie kilka najbliższych kroków, które będziemy musieli podjąć - wraz z odpowiedzią kupujemy wszystkie (jakiekolwiek by były) efekty i towarzyszące problemy. Taka to matematyka.
Problem w tym, że myślimy kategoriami „tak” i „nie”, a wypowiadamy wykrzykniki i nieokreślone czasowniki. Znacznie skuteczniejsze byłoby  mieć wyraźną odpowiedź negatywną lub pozytywną. Ostatecznie jednak, zgodnie ze wspomnianą Deklaracją Praw Człowieka, mamy także prawo do zmiany zdania!