|
Ta władza tak już ma, że nic nie robi tak po prostu – przy okazji musi coś robić z nami. Teraz musi nam jeszcze raz wtłoczyć do głowy, że w Polsce jest świetnie, znakomicie, fantastycznie, i że tylko ona, ta władza, może tą świetnością, tą znakomitą, fantastyczną Polską zarządzać.
Operacja „Jubileusz”
Ruszyła, jak radośnie doniosły telewizyjne „Wiadomości”, operacja „Jubileusz”. Chodzi w niej o zapewnienie bezpieczeństwa prezydentowi Obamie, który przyjeżdża do Polski, by z nami, Polakami, świętować 25-lecie istnienia III RP. Jak pamiętamy, prezydent Obama nie mógł kiedyś do nas przyjechać po śmierci Lecha Kaczyńskiego, by dzielić naszą żałobę, ale teraz chce dzielić naszą radość z odzyskanej wolności. Takie już są nasze relacje. Amerykanie zjawiają się czasami nad Wisłą, by radować się z nami sukcesami, a znikają w czasach klęski i żałoby.
Operacja na mózgach W każdym razie obecnie przedsięwzięte środki są podobno imponujące – nawet przestrzeń powietrzna zostanie nad Warszawą na pewien czas zamknięta. I dziennikarze „Wiadomości” potrafili to docenić. Są profesjonalistami. Wiedzą, że bezpieczeństwo prezydenta to bardzo ważna sprawa i że należy zrobić wszystko, by wyeliminować ryzyko. Doceniali tę sprawę także w czasie pamiętnej wizyty prezydenta Miedwiediewa w grudniu 2010 r. Wtedy też ekscytowali się podjętymi środkami i w radosnym napięciu czekali na dostojnego gościa. TVN24 donosiła parę dni przed wizytą: „Przygotowania do wizyty prezydenta Rosji w Polsce są zapięte na ostatni guzik” – zapewnił minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Według szefa resortu, przyjazd Dmitrija Miedwiediewa to „kolejny kamień milowy w normalizacji stosunków polsko-rosyjskich”. Ale to już miniona epoka. Od paru miesięcy wiemy, że po kolejnych „milowych krokach” stosunki polsko-rosyjskie rzeczywiście się znormalizowały – wróciły do dawnej „normy”, do punktu wyjścia. Nawet więc siedmiomilowy „reset” smoleński nie przyniósł trwałego skutku. Operację „Jubileusz” trzeba jednak rozumieć jako przedsięwzięcie szersze i głębsze. Nie chodzi tylko o to, by prezydent Obama był bezpieczny – i gdy będzie przemawiał do ludu Warszawy, i gdy w czasie wręczania nagrody Solidarności tatarskiemu bohaterowi będzie odpoczywał w hotelu. Operacja „Jubileusz” to także operacja na naszych mózgach.
Wspaniałe państwo, wspaniała władza Ta władza tak już ma, że nic nie robi tak po prostu – przy okazji musi coś robić z nami. Teraz musi nam jeszcze raz wtłoczyć do głowy, że w Polsce jest świetnie, znakomicie, fantastycznie, i że tylko ona, ta władza, może tą świetnością, tą znakomitą, fantastyczną Polską zarządzać. Że gdyby nie ona, to wszystko zawaliłoby się z hukiem i w ogóle nigdy nie osiągnęlibyśmy tej stabilizacji i poziomu życia, którym cała nasza elita cieszy się w naszym imieniu, że gdyby nie ta elita, to nadal byśmy gnili w komunizmie, że gdyby nie Wałęsa i Jaruzelski, Michnik i Kiszczak, Tusk i Miller, Komorowski i Kwaśniewski, Celiński i Ciosek, to nadal stalibyśmy w kolejkach, kupowali cukier na kartki itd. Dlatego przez najbliższe dni z zaprzyjaźnionych mediów będzie się lał słodki i lepki potok zapewnień, że powinniśmy się cieszyć, bo mamy z czego się cieszyć, że mamy świętować, bo mamy powody do świętowania, że odnieśliśmy niebywały sukces, że ciągle go odnosimy – jeden za drugim. Sukces po prostu goni sukces – jeszcze jeden nie zdąży zniknąć z szybkością pendolino, a już pojawia się nowy. W tej nachalnej zachęcie do świętowana chodzi o to, by choć na chwilę zagłuszyć wątpliwości, by komuś nie przyszło do głowy spojrzeć w statystyki i przypomnieć sobie na przykład, na którym miejscu w Europie pod względem zamożności jest Polska, ile osób opuściło na stałe ten kraj nieustannego sukcesu itd. Chodzi o to, by Polacy nie pamiętali, jak często w minionym 25-leciu państwo polskie „zdawało egzamin” – w kolejnych aferach, z kolejnymi niewykrytymi, nieukaranymi sprawcami. I by nie pamiętali, ile setek złotych emerytury w przyszłości ich czeka i ile lat jeszcze będą pracowali, jaką mają umowę o pracę i ile kredytu do spłacenia, jak długie są kolejki do lekarza, by nie interesowali się za bardzo, co stało się z polskim przemysłem, polską polityką zagraniczną, polskimi mediami. Nie chodzi przecież o rzetelny bilans, o namysł i refleksję, ani o wypracowanie strategii na przyszłość, lecz o oklaski, o poparcie, utwierdzenie władzy.
Ta inna Polska A chociaż uroczystości jubileuszowe dopiero nas czekają, to przecież najważniejsza z nich już się odbyła. Był to pogrzeb generała, harmonijnie łączącego stare i nowe czasy, ostatniego władcy PRL u, odznaczonego Orderem Lenina, i pierwszego prezydenta III RP, któremu niepotrzebnie poskąpiono Orderu Orła Białego. Jego pogrzeb nie zamknął epoki, lecz tylko jeszcze raz potwierdził więź spajającą oba odłamy elity – dawnych przeciwników, a potem lojalnych partnerów. Jedni i drudzy mają się w III RP znakomicie. Dawni buntownicy (których bunt, jak pokazują badania historyków, był bardziej kontrolowany, niż mogliśmy przypuszczać) zmienili się w dobrze opłacanych strażników ładu, stabilizacji i ortodoksji. Skwapliwie odcinają kupony od swoich biografii, wymieniając się nagrodami, zaszczytami i stanowiskami. Niegdysiejsi strażnicy dawnego porządku też mają się dobrze – niektórzy, jak pokazują owe żałobne uroczystości, w razie potrzeby nie stronią nawet od kościoła, w końcu Warszawa też warta jest mszy. A obok nich – obok tych wszystkich coraz bardziej się zmieniających w swoje własne karykatury postaci – widać było inną, protestującą, źle się zachowującą, wichrzycielską, oszołomską Polskę. Polskę, która ma czelność przypominać nazwiska jakichś nic już nieznaczących, dawno zapominanych ofiar i domagać się w ich imieniu sprawiedliwości, choćby tylko symbolicznej. Polskę nieakceptującą półprawdy i półwolności. Ten podział to także norma – polska norma. Po kolejnych milowych krokach modernizacji ostatnich lat znowu do niej wróciliśmy. I nawet najsprawniej przeprowadzona operacja „Jubileusz” niczego tu nie zmieni.
Zdzisław Krasnodębski

|