| Wójt gminy nie przejawia chęci aby mi pomóc w otwarciu firmy, podatki są dla niego rzeczą zbędną |
|
|
W takim kraju nie można funkcjonować, bo nie da się nic załatwić, żadne terminy nie obowiązują. Prawnicy tłumaczą jak „krowie na granicy”, że gmina postępuje niezgodnie z prawem. Biegły w opinii napisał nieprawdę.
Wywiad „Kuriera” z Panem Stanisławem Gancarczykiem, który od kilku lat bezskutecznie stara się o pozwolenie na otwarcie zakładu samochodowego w Kaninie. Inwestycję skutecznie wstrzymują sąsiedzi.
K: Dlaczego nie może Pan otworzyć własnej działalności gospodarczej skoro prawo daje taką możliwość każdemu? SG: Mój zakład nie może zostać otwarty z powodu protestów sąsiadów. Kilka lat temu prowadziłem już zakład samochodowy, ale w budynku protestującego sąsiada. Wtedy nie przeszkadzały mu huki, stuki i szkodliwe zapachy, bo płaciłem mu za wynajem. Również wójt gminy nie przejawia chęci aby mi pomóc w otwarciu firmy, podatki są dla niego rzeczą zbędną. K: Jakich argumentów używają sąsiedzi, że przez kilka lat skutecznie blokują Panu prowadzenie działalności gospodarczej? SG: Sąsiedzi przez okres kilku lat borykali się z chorobą starszego syna, który na skutek błędnej diagnozy lekarskiej, w wieku 6 lat, zachorował na białaczkę. Potem wystąpiła jeszcze padaczka, która rzekomo pozostała do tej pory. Teraz chłopak ma 23 lata pracuje ze swoim wujkiem, zajmują się kryciem dachów. Działalność nie jest zgłoszona do ewidencji i pobiera jednocześnie świadczenia z ZUS. Praca odbywa się na dużych wysokościach i wiąże się z niebezpieczeństwem wystąpienia ataku padaczki. Jednak nie widzą zagrożenia zdrowia i życia na dachu, ale w moim zakładzie lakierniczym. Twierdzą, że syn nie będzie mógł nawet wyjść z domu, bo unoszące się z warsztatu „zapachy” mu na to nie pozwolą. K: Sąsiedzi mają zatem duży problem. Życie ich mocno doświadczyło. Perfidnie wykorzystują chorobę syna. Robią z siebie ofiary i uzyskują w ten sposób pieniądze. Z pefronu uzyskali pieniądze na remont łazienki i dostosowanie jej do potrzeb niepełnosprawnego dziecka, wspierał ich także MOPS. Nawet senator padł ich ofiarą - po rozmowie z sąsiadką, interweniował w naszej gminie by mi wstrzymać działalność. Wszyscy jej wierzą, jej nieszczerym słowom i fałszywym łzom. K: Jak Pan ocenia działalność wójta gminy Limanowa? SG: Działalność wójta oceniam bardzo źle. Utrudnia przedsiębiorcom pozyskanie dokumentów na prowadzenie działalności. Wójt unika mnie, nie wypowiada się na temat, który chcę poruszyć. K: Czy podjął Pan jakieś kroki prawne? SG: Od samego początku nawiązałem współpracę z kancelarią prawną, która w tej sprawie mnie reprezentuje. Piszą różne pisma procesowe, skargi, tłumaczą jak „krowie na granicy”, że gmina postępuje niezgodnie z prawem. Na ich pisma wójt nie potrafi odpowiedzieć merytorycznie. To na co go intelektualnie stać zawiera się w dwóch zdaniach: że są nie na temat, że są bezpodstawne, bez związku i tyle. A takich pism kierowanych przez kancelarię do urzędu, gdzie punkt po punkcie, są wymieniane bezprawne decyzje wójta jest mnóstwo. K: Jakie do tej pory straty finansowe związane z opieszałością urzędników Pan poniósł? SG: Straty finansowe, w związku z prowadzeniem sprawy przez kancelarię, wyniosły do tej pory 25 tys. zł. Nie mówiąc już o tym, że nie mogę od 4 lat prowadzić na swoim działalności gospodarczej. Straty są więc duże, bo musze dodatkowo płacić za wynajem. K: A rozważa Pan zaskarżenie wójta o odszkodowanie tak jak to zrobili przewoźnicy z Limanowej, którzy są w sporze z burmistrzem? SG: Rozważam taką sytuację, żeby go zaskarżyć, tylko wójt się zasłania biegłymi i różnymi urzędnikami. Twierdzi, że nie jest w stanie nic zrobić, bo biegły i sanepid wypowiadają się negatywnie. Wójt ma więc związane ręce, albo po prostu nie ma dobrej woli. Ochrona środowiska i sanepid za pierwszym razem wydały stosowne decyzje. Takiej działalności jaką ja chcę prowadzić jest pełno na terenie gminy Limanowa. Ciągle powstają nowe warsztaty, bez przerwy wydawane są decyzje przez urząd na identyczne działalności jak moja. Mam wrażenie, że wójt tylko mi chce uniemożliwić cokolwiek robić. Dla przykładu, 300 – 400 m ode mnie jest taka sama działalność, dokumenty składaliśmy w tym samym czasie – on pracuje a ja nie. A przecież prowadzi działalność o tym samym profilu co ja, a nikomu to nie przeszkadza. Co więcej prowadzi ją na tym samym terenie zagospodarowania. Na pytanie skierowane przeze mnie do urzędnika: dlaczego tam może być warsztat a tu nie? Odpowiedział mi krótko: tam nikt nie protestuje. Jeżeli istnieje prawo to chyba równe dla wszystkich. K: Jak Pan uważa, dlaczego sąsiedzi nie chcą wyrazić zgody skoro wcześniej pracował Pan na ich posesji? Może chodzi o sąsiedzką zawiść? SG: Nieoficjalnie wiem, że oni za wyrażenie zgody chcą wyłudzić ode mnie pieniądze. Jak przyszedł pierwszy biegły to od razu padło pytanie, zresztą przy świadkach: czemu pan im nie chce zapłacić? Jak mu się sprzeciwiłem i powiedziałem, że przecież nie na tym rzecz polega, to od razu zaczęła się inna rozmowa. A potem w opinii mnie osmarował: że byłem agresywny, że nie chciałem go wpuścić i udostępnić mu pomieszczeń. A jak ja miałem go wpuścić skoro mnie w ten dzień nie było? Dopiero musiałem wracać 20 km do domu, bo żona dzwoniła, że przyszło dwóch urzędników, że muszą wejść, bo nie mają czasu, bo mają sprawę do zrobienia, że zostanę obciążony kosztami. A taka wizja lokalna, jaką chcieli przeprowadzić, wymagała powiadomienia na 7 dni wcześniej. Żadnego powiadomienia jednak nie było, jeszcze mieli pretensje do mnie, że musieli czekać. Ciągle padały stwierdzenia, że trzeba było sąsiadom zadośćuczynienie wypłacić. To daje do myślenia. K: Odebrał Pan to jako próbę zastraszenia? SG: Tak, z inicjatywy biegłego. Wywoływał presję, że ich nie chcemy wpuścić. A później w opinii napisał nieprawdę, że olej był w kratce ściekowej, że to, że tamto. Wszystkiemu zrobili zdjęcia, ale temu rzekomemu olejowi w kratce nie, bo się nie dało, bo go nie było. Wszystko jest nastawione przeciwko mnie. Wójt i sąsiedzi mieli kontakt z biegłym i nastawili go negatywnie. Sąsiedzi często dzwonili także na policję z prośbą o interwencję. K: Na jaką okoliczność policja jest wzywana? SG: Są poważne zarzuty pod moim adresem - sąsiedzi twierdzą, że rozbieram kradzione auta a części są wywożone nocami. Policjanci nie mają nakazu, ale ich wpuszczam z mojej dobrej woli. Wchodzą, szukają, patrzą, jeden do drugiego się uśmiecha, odjeżdżają, kończy się interwencja. Wzywają też policę, że strzelam do nich z broni śrutowej. Twierdzą, że mają dziury w dachu, w elewacji, a działka jest zaminowana. Policja przychodzi i pyta mnie: czy mam broń? Czy mam pozwolenie na jej posiadanie? Mówię, że nie posiadam takich rzeczy i informują mnie, że do sąsiada ktoś strzela ode mnie. Pytam policję „czy żyje, czy jest ranny?”. „Nic się nie stało, żyje nie ma obrażeń” – odpowiadają. Nie jednokrotnie podczas koszenie trawy na mojej działce, sąsiadka wzywała policję, bo to też jej przeszkadza. Wszystkie wezwania są bezzasadne. Powinni ją ukarać mandatem za nieuzasadnione zgłoszenia. Zwracałem na to parę razy uwagę, ale policja mówi, że nie mają takiej możliwości. Nie wiem kto na nich wywołuje presję. K: Kodeks wykroczeń przewiduje, że kto z powodu złośliwości chce wywołać niepotrzebną czynność fałszywym zgłoszeniem i celowo wprowadza w błąd odpowiednią instytucję może być ukarany mandatem, a nawet karą grzywny. Czy brał Pan protokoły z policji odnośnie tych interwencji? SG: Nie brałem, bo jest ciężko w policji cokolwiek uzyskać. Do 2012 r. nie mogą w książce odszukać tych niezasadnych interwencji, a od 2012 mają zapis elektroniczny, mogą szybciej znaleźć, ale nie chcą mi udostępnić. Pytają po co mi to, jeżeli jest mi to potrzebne do jakiegoś urzędu to dany organ sam się do nich zgłosi. K: Może warto złożyć wniosek do prokuratury oraz skargę do komendy wojewódzkiej policji? SG: Tak złożyłem, ale mi umorzyli. Prokuratura stwierdziła, że sąsiedzi mają prawo wzywać policję, bo działają w obronie chorego dziecka. Składałem też trzy pisma do SKO w Nowym Sączu. To organ niepoważny. Sprawa toczy się już 7 – 8 miesiąc, a na żadne pismo nie ma odpowiedzi. Nie są nawet w stanie podać przybliżonego terminu rozpatrzenia sprawy. Wysłałem też pismo do Sądu Administracyjnego w Krakowie trzy tygodnie temu, ale również nie ma odzewu. Zapytałem w SKO gdzie są akta mojej sprawy, powiedzieli mi że ich nie ma. Potem prezes udzielił mi informacji, że akta zabrał do rozpatrzenia członek pozaetatowy, a oni nie mają z nim kontaktu. W takim kraju nie można funkcjonować, bo nie da się nic załatwić, żadne terminy nie obowiązują. Należy nadmienić, że protestujący sąsiedzi mieszkają ok. 50m od planowanej inwestycji. |