Wojna na Podhalu Drukuj

Sprzedaż ZEW Jeziora Czorsztyńskiego Czechom budzi poczucie niezadowolenia ze strony mieszkańców i rozgoryczenie w stosunku do władz w Warszawie. Rozmowa z Wójtem Gminy Czorsztyn - Taduszem Wachem.

 

Kurier Pieniński: Czy udzielenie wyłączności na negocjacje czeskiej spółce Energo-Pro budzi niepokój Gminy?

Tadeusz Wach: Oczywiście, że budzi moje obawy. Myślę, że nie tylko moje, ale również kolegów wójtów z gmin ościennych.

Obawy wiążą się z tym, jak ewentualne nowe władze będą podchodzić do współpracy z samorządami a także lokalną społecznością. Obecna współpraca samorządów i mieszkańców z władzami zapory (z prezesem Podlewskim na czele) układa się bardzo dobrze. Władze spółki w miarę swoich możliwości wspomagają w naszej gminie sport, straże pożarne, szkoły. Jednym z priorytetowych problemów jest podejście nowych władz do kwestii pracowniczych w ZEW Niedzica. Mówi się o tym, że czeska firma posiada ok. 30 elektrowni, które pracują bezobsługowo, z pominięciem czynnika ludzkiego. Obiekty te są więc wysoce zmodernizowane. Z jednej strony jest to normalne zjawisko, a z drugiej mamy obawy, że będą za tym szły zwolnienia pracowników – mieszkańców naszej gminy, którzy są zatrudnieni na zaporze.

 

KP: Czy prywatyzowana jest zapora, czy tylko elektrownia, czy może cały obiekt?

TW: Z tego co nam wiadomo, to prywatyzowany ma być cały obiekt, 100 % akcji spółki ZEW. Oznacza to, że prywatyzacji podlegają również obiekty turystyczne, hotele, pensjonaty, cały majątek spółki. Jednakże nowy inwestor, czy właściciel nie będzie miał możliwości ogrodzenia jeziora i każdy będzie mógł korzystać z dostępu do niego.

Wśród naszych przedsiębiorców były głosy niepokoju, że z chwilą pojawienia się nowego właściciela zabroni on dostępu do jeziora, ogrodzi linię brzegową - w związku z tym ich działalność rekreacyjno-turystyczna na tafli jeziora będzie ograniczona, albo wręcz niemożliwa. Nie ma takiej możliwości. Podobnie nie można kupić sobie na wyłączność rzeki, bo to jest naszym wspólnym dobrem. Więc myślę, że taka obawa jest bezpodstawna.

KP: Z rozmów z właścicielami obiektów turystycznych wynika, że obiekty te stoją na ziemi dzierżawionej od ZEW Niedzica S. A. i sytuacja prawna w tej sytuacji jest trudna.

TW: Tak, ale to co innego. Jest to sprawa własności i podpisania kolejnych umów dzierżawy na kolejne lata. Natomiast inną sprawą-wtórną- jest ograniczenie dostępu do jeziora.

KP: Ale tutaj nie mamy pewności, że czeska spółka wyrazi chęć podpisania nowych umów dzierżawy.

TW: Oczywiście, że nie mamy takiej pewności. Być może czeska spółka będzie chętnie współpracować z lokalnymi władzami i mieszkańcami - i wszystko będzie tak jak obecnie. Ale czy tak rzeczywiście będzie... Prywatny właściciel może nastawić się tylko na zysk, a to jest firma prywatna i może być różnie. Obawiamy się tego, czy nowy właściciel również będzie dbać o brzegi, o ich należyte utrzymanie w czystości. Obecne władze spółki dbały o to. Druga sprawa to bezpieczeństwo naszych mieszkańców. Nie wiem jak potencjalny nowy właściciel będzie podchodził np. do naszego Stowarzyszenia Flisaków Pienińskich. Wiadomo, że teraz jest dobra współpraca i wszystko funkcjonuje poprawnie.

O prywatyzacji elektrowni mówi się od dłuższego czasu i jakoś do tej pory nie wywoływało to tak dużych emocji. Myślę, że związane jest to z tym, że właścicielem będzie firma z zewnątrz. Czyli generujący dochód kapitał nie będzie już w naszych polskich rękach.

KP: A czy Gmina ma jakieś wsparcie ze strony polityków?

TW: Wybieramy się we wtorek z delegacją do Warszawy z samorządowymi petycjami. Chcemy się spotkać z Panem Ministrem i na ten temat rozmawiać. Co z tego wyniknie – zobaczymy, jednakże chcemy przekazać nasze obawy i nasz niepokój dalej, czyli do Warszawy.

Nie jesteśmy w stanie zatrzymać procesu prywatyzacji, ale chcemy nasze obawy przekazać Ministrowi. Gmina Łapsze ma dużo większy problem. Jeżeli siedziba firmy będzie poza granicami Polski, oni stracą dużą część wpływów do budżetu z tytułu podatku CIT. Zachodzi potrzeba, aby przy podejmowaniu ostatecznej decyzji takie aspekty brano pod uwagę. Zobaczymy czy jest na to jakaś szansa.

KP: Czy Gmina wspierała starania spółki pracowniczej o udział w przetargu?

TW: Nie, to szło swoim torem. Gmina miała propozycję, aby wstąpić do spółki pracowniczej, jednak nie zrobiliśmy tego. W ślad za nami poszły gminy ościenne.

KP: Czy spółka pracownicza ma jeszcze szansę na udział w negocjacjach?

TW: Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że Spółka Pracownicza jest na drugi miejscu. Gdyby z różnych przyczyn nie doszło do podpisania umowy z Czechami, to owszem - jest jakaś szansa.

KP: Rozumiem, że Gminę Czorsztyn i ościenne gminy cieszyłoby takie rozwiązanie, gdyby to spółka pracownicza stała się nowym właścicielem?

TW: Wiadomo wtedy, że kapitał zostałby w polskich rękach, a ludzie przede wszystkim mieliby zapewnioną pracę. Myślę, że gdyby był to kapitał polski, byłoby to odbierane inaczej przez miejscową ludność. Uważam, że prywatyzacja nie do końca była przemyślana. Powinna ona być lekarstwem dla upadających przedsiębiorstw. W przypadku ZEW mamy do czynienia z przedsiębiorstwem dochodowym, rodzi się więc pytanie: po co je sprzedawać?

Uważam, że nie jest korzystnym fakt, iż najważniejszym aspektem branym pod uwagę w przetargach jest cena. Powinno się też patrzeć pod szerszym kątem. Mianowicie na to, aby nie sprzedawać wszystkiego w Polsce - zwłaszcza przedsiębiorstw, które generują dochód. Sprzedaliśmy już huty, stocznie, banki i w chwili obecnej myślę, że właśnie to budzi w mieszkańcach frustrację:  że wszystko, co dochodowe przechodzi w obce ręce.

Mieszkańcom Maniów i Czorsztyna obiecywano kiedyś, że jeżeli zgodzą się na wybudowanie zbiornika, to będą mieli tani prąd i będą żyć z turystyki. Niestety okazało się inaczej. Z budową zapory wiązały się przecież przesiedlenia. W Polsce rozpowszechniona jest błędna opinia, że mieszkańcy wysiedlani dostali nowe domy. Jest to nieprawda. Mieszkańcy otrzymali odszkodowania za swoje domy, ale kwoty te nie były wystarczające na wybudowanie domu w stanie surowym, a co dopiero na jego wykończenie.

Opór społeczny był duży, ludzie nie chcieli się wyprowadzać z domów, w których wyrośli. Często były to domy wielu pokoleń. Wszyscy wiemy, że obietnice nie zostały spełnione. Za energię elektryczną płacimy tak jak wszyscy, mimo że jest ona produkowana praktycznie pod nosem. Rodzi to poczucie niezadowolenia ze strony mieszkańców i rozgoryczenia w stosunku do władz w Warszawie.

KP: Dziękuję za rozmowę.