Start
Sodoma polskiego sądownictwa - W poszukiwaniu dziesięciu sprawiedliwych Drukuj Email
Postkomunistyczna gangrena. Oczyszczenie polskich sądów z PO-komunistycznej gangreny jest absolutnym imperatywem dla rozwoju Polski
 

 

 

Moja opinia o polskim sądownictwie jest bardzo niepochlebna. Choć na co dzień nie podążam za polskim orzecznictwem, to są pewne kategorie orzeczeń, zwłaszcza tych medialnie głośnych, które przyciągają moją uwagę. Na ich podstawie można dojść do wniosku, że polskie sądy drąży poważna choroba.

Postkomunistyczna gangrena

Można wskazać kilka uwarunkowań systemowo-organizacyjnych, które przyczyniają się do mojej wysoce negatywnej oceny polskich sądów, ale muszę podkreślić, że jedną z podstawowych przyczyn dla których widzę polskie sądy w taki a nie inny sposób wynika z faktu zaniechania oczyszczenia polskiego sądownictwa z komunistycznych pogrobowców; z sędziów którzy wydawali wyroki z rozkazów partyjnych genseków, poczynając od okresu stalinowskiego na stanie wojennym skończywszy. Po roku 1989, wszyscy ci sprzedajni ‘sędziowie’ mogli dalej pełnić swoje funkcje pomimo tego iż absolutnie się do tego nie nadawali.

Brak oczyszczenia polskiego sądownictwa skutkował i nadal skutkuje poczuciem bezkarności jakie dominuje wśród polskich sędziów. To, w konsekwencji, doprowadziło do tego co były minister sprawiedliwości Jarosław Gowin nazwał ‘sitwą’, czyli gotowością sędziów do wykonywania zamówień czy poleceń powiązanych z nimi politycznych decydentów. Casus sędziego Milewskiego z Gdańska wiele mówi o tym zjawisku, choć jest to tylko wierzchołek góry lodowej. Jest on również symptomatyczny z tego powodu, ponieważ sugeruje, że natura sądowej ‘sitwy’ zmieniła swoją naturę z post-komunistycznej na PO-komunistyczną.

Casus sędziego Tuleyi

Jednym z przykładów sugerujących PO-komunistyczną naturę polskich sądów jest casus sędziego Igora Tuleyi, który orzekał w głośnej sprawie łapówkowej znanego lekarza. Pomimo tego, że w procesie dowody łapówkarskiego procederu lekarza były niepodważalne, a metody Centralnego Biura Antykorupcyjnego (CBA) użyte w śledztwie mieściły się w ramach prawa, sędzia Tuleya w uzasadnieniu swojego wyroku skupił się na wydumanych przewinach CBA, które następnie użył do budowania analogii ze stalinowskim wymiarem sprawiedliwości. O ile orzeczenie sędziego Tuleyi na gruncie prawa można uznać za kuriozalne, to jego późniejsze publiczne komentarze sugerujące ‘totalitaryzm’ rządów Prawa i Sprawiedliwości oceniam po prostu jako uwłaczającej zdrowemu rozsądkowi i zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Rozważając casus sędziego Tuleyi nie wolno jednak odwracać wzroku od tego, co było faktycznym przedmiotem postępowania, którego dotyczył jego wyrok. Gdy czytałem komentarze do wyroku sędziego Tuleyi, w moich myślach wybrzmiał fragment orzeczenia Sądu Królewskiego Prowincji Alberta (Kanada), który rozstrzygał sprawę korupcyjną. Większa część wyroku zawierała krytyczne opinie na temat fenomenu łapownictwa, które Sąd nazwał ‘złą praktyką, która zagraża fundamentom każdego cywilizowanego społeczeństwa’. Co więcej, Sąd podkreślił, że przekupstwo winno być ‘odbierane z odrazą przez sądy’. Niestety w orzeczeniu sędziego Tuleyi nie dostrzegłem ‘odrazy’ wobec problemu łapówkarstwa tak powszechnego w Polsce. Co więcej, dostrzegłem dużą dozę sympatii dla jednego łapówkarza.

Po wydaniu tego oburzającego wyroku, na wielu portalach internetowych można było znaleźć informacje o SB-ckich związkach rodzinnych sędziego Tuleyi i sugestie, że jego wyrok był motywowany właśnie post-komunistycznym rodowodem. Gdyby tak właśnie było, to sędziego Tuleyę można by uznać za kolejny, po sędzim Milewskim, dowód na ewolucję natury polskich sądów z post-komunistycznej na PO-komunistyczną.

Casus sędziego Rysińskiego

Uniewinnienie PO-wskiej łapówkary Beaty Sawickiej oburzyło zapewne większość polskiego społeczeństwa. Zaś uzasadnienie tego wyroku przez Sąd Apelacyjny w Warszawie zbulwersowało mnie osobiście jako prawnika. Otóż przewodniczący składu sędziowskiego, sędzia Rysiński, w swoim orzeczeniu podważył wcześniejszy prawomocny wyrok sądowy, całkowicie przy tym ignorując jedną z podstawowych zasad prawa – res judicata.

Starożytna łacińska zasada res judicata, która w tłumaczeniu na język polski brzmi tyle co ‘sprawa już osądzona’, stanowi iż przedmiot procesu sądowego raz osądzony i orzeczony w prawomocnym wyroku sądowym nie może być po raz kolejny procesowany w tym samym lub innym sądzie. Co istotne, zasada ta odnosi się nie tylko do podstawy powództwa czy oskarżenia, to znaczy gdy na przykład raz uniewinnioną osobę oskarża się po raz kolejny o to samo przestępstwo, ale również do wszystkich kluczowych kwestii prawnych, które w prawomocnym procesie sądowym zostały już rozstrzygnięte.

Zasada res judicata wyklucza ponowne procesowanie spraw już rozstrzygniętych i jest absolutnie kluczowa dla właściwego funkcjonowania systemu sądowego. Obowiązuje ona w prawie głownie po to by uniknąć sytuacji w której dochodzi do wydania dwóch prawomocnych a sprzecznych ze sobą wyroków, ale również by strona postepowania niezadowolona z orzeczenia nie mogła podnosić danej kwestii prawnej w kolejnych postępowaniach w nadziei na wysłuchanie jej argumentu przez bardziej życzliwego, czy jak ktoś woli ‘rozgrzanego’, sędziego. Sąd Federalny Kanady wyraził to dobitnie mówiąc: ‘ Zasada ostateczności decyzji jest centralna dla odpowiedniego wymierzania sprawiedliwości. Zapobiega to procesom na zasadzie ‘jeżeli za pierwszym razem ci się nie uda, próbuj, próbuj znowu’.’

Jak łatwo zauważyć, zasada res judicata została całkowicie zignorowana przez skład sędziowski Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który uniewinnił byłą posłankę PO Sawicką nie odnosząc się w ustnym orzeczeniu do wcześniejszego prawomocnego wyroku. Kwestia legalności działań CBA w jej sprawie była kwestią fundamentalną już wcześniej rozstrzygniętą wyrokiem sądowym, który był wyrokiem ostatecznym. Strony w obu tych postępowaniach były te same: Beata Sawicka i państwo polskie reprezentowane przez prokuraturę. Tak wiec swoim wyrokiem Sąd Apelacyjny dopuścił do sytuacji której zasada res judicata ma przeciwdziałać – w sferze prawnej funkcjonują obecnie dwa prawomocne i sprzeczne ze sobą wyroki sądowe.

Nazwanie wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie kuriozalnym to zbyt mało powiedziane, bo nie można go rozpatrywać w oderwaniu od kontekstu w jakim doszło do ujawnienia łapówkarskiego procederu byłej posłanki PO. Trudno zapomnieć o oskarżeniach rzucanych pod adresem CBA, które później okazały się niczym nie uzasadnione. W tym kontekście pytanie o to, czy nagła amnezja sędziego Rysińskiego co do fundamentalnej zasady prawa była jedynie wpadką przy pracy, czy też kolejnym dowodem na PO-komunistyczną naturę polskich sądów, jest zasadne.

Popiół i diament

Moja fatalna opinia o polskim sądownictwie i jego PO-komunistycznej naturze nie oznacza bynajmniej, że wszyscy polscy sędziowie wpisują się w ten obraz. Polskie sądownictwo jest jak spopielałe zgliszcza w których można zobaczyć prawdziwe diamenty. W niezwykle jaskrawy sposób obrazuje to sprawa ‘czterech śpiących’, czyli sprawa pomalowania farbą dwóch Warszawskich monumentów sławiących Armię Czerwoną. W sprawie tej zabłysnęła, jak prawdziwy diament, sędzia Ewa Grabowska z Sądu Rejonowego w Warszawie. A mianowicie, sędzia Grabowska orzekła, że sprawa podlega umorzeniu gdyż oba pomalowane obiekty nie można uznać za pomniki w rozumieniu prawa. Ponieważ pomnikiem można nazwać jedynie obiekty wzniesione ‘dla upamiętnienia zdarzenia bądź uczczenia osoby, której ta cześć jest należna’.

Wykładnia zastosowana przez Panią sędzię Grabowską jest zdroworozsądkowa, a w prawie nazywa się po prostu pragmatyczną i funkcjonalną wykładnią prawa. Zastosowanie jej przez Panią sędzię było nie tylko zasadne, ale wręcz konieczne. Literalna wykładnia prowadziłaby bowiem do absurdalnych konkluzji gdzie harcerzy szarych szeregów prowadzących mały sabotaż można byłoby uznać za przestępców w rozumieniu prawa które wtedy łamali.

Niestety piękny przebłysk diamentu prawniczego argumentu zaprezentowany przez Panią sędzię Grabowską został szybko przysypany popiołem polskiej codzienności sądowej przez Sąd Okręgowy w Warszawie. Sędzia Jacek Matusik uznał mianowicie umorzenie za bezzasadne i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia przez Sąd Rejonowy. W ten sposób, sędzia Matusik de facto uznał bohaterskich harcerzy z czasu hitlerowskiej okupacji przestępcami – zgodnie z jego orzeczeniem nie można bowiem byłoby inaczej niż przestępstwem nazwać zamalowywania niemieckiego godła na urzędowych tabliczkach w Generalnej Guberni, umieszczenia na cokole po usuniętym pomniku Pułaskiego trupiej czaszki z podpisem ‘Reich in Jahre 1944’, czy w końcu namalowania przez Jana Bytnara, pseudonim ‘Rudy’, znaku Polski Walczącej na pomniku Lotnika w lipcu 1944 r.

W poszukiwaniu dziesięciu sprawiedliwych

Większość ludzi w Polsce zna biblijną historię Sodomy, miasta pochłoniętego przez najgorsze formy zepsucia; miasta w którym Abraham próbował znaleźć dziesięciu sprawiedliwych mieszkańców dla uratowania go przed gniewem Boga. Misja Abrahama skończyła się niepowodzeniem. Mając w pamięci tamtą porażkę Abrahama, przez wiele lat wieszczyłem polskiemu sądownictwu podobny koniec. Dzisiaj jednak, dzięki kilku polskim sędziom, na tym czarnym obrazie polskiego wymiaru sprawiedliwości można zobaczyć iskierki światła. Do wspomnianej już Pani sędzi Grabowskiej muszę dodać sędziów Andrzeja Wieczorka z Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego i Marcina Patro z Sądu Rejonowego w Warszawie. Ten pierwszy zamieścił wysoce merytoryczne zdanie odrębne do wyroku w sprawie Telewizji Trwam przeciw Krajowej Radzie Radiofonii i Telekomunikacji, a ten drugi w piękny sposób rozprawił się z wnioskiem prokuratury o wyłączenie jawności postępowania przeciw ‘Staruchowi. Dzięki nim można zobaczyć w Polsce sędziów, którzy nie tylko potrafi sprostać trudnym wymaganiom analizy prawniczej, ale też potrafią wymierzać prawo pomimo presji otaczającego ich zepsucia. A przecież tych sprawiedliwych może być więcej! Takich przykładów jest jeszcze niestety zbyt mało, ale z wielką uwagą będę teraz liczył każdego następnego sprawiedliwego sędziego w Polsce. Bo jeśli polskie sądownictwo jest tylko chorą instytucją to jest jeszcze szansa na jej uzdrowienie. Jeśli jest już Sodomą to nadziei nie ma żadnej.

Oczyszczenie polskich sądów z PO-komunistycznej gangreny jest absolutnym imperatywem dla rozwoju Polski, w sensie społecznym, politycznym i gospodarczym. Miejsca zajmowane w sądach okręgowych i apelacyjnych, a zapewne i w Sądzie Najwyższym, przez dyspozycyjnych sędziów muszą się zwolnić dla nowego pokolenia polskich sędziów, których reprezentują sędziowie Grabowska, Patro czy Wieczorek.