Start
Reforma samorządowa była klęską - Hodowla biurokratów i pasożytowanie na państwie Drukuj Email
Bartłomiej Radziejewski

Polska jest jednym z najbardziej zbiurokratyzowanych państw świata. Przy tym liczba zatrudnionych urzędników zupełnie nie przekłada się na jakość państwa i usług publicznych. Wręcz przeciwnie, stworzono gęstą sieć nad regulacji, umożliwiającą niezliczonym sitwom i klikom pasożytowanie na państwie.

Reforma samorządowa była klęską

Jak słusznie pisze Matyja, podział administracyjny z 1998 r. ułatwił prowadzenie polityki regionalnej. Ta zaleta nie rekompensuje jednak bezmiaru patologii, które przy tej okazji wytworzono.

Jednym z bardziej irytujących elementów reformy samorządowej z 1998 r. była dla mnie arogancja jej autorów. Doprowadziła ona do faktycznego zamknięcia debaty o tej ważnej zmianie ustrojowej, a przy okazji do lekceważenia, a niekiedy nawet lżenia jej krytyków i ich alternatywnych propozycji. Główny architekt tej reformy prof. Michał Kulesza stwierdził wszak swego czasu, że „kto chce dziś podtrzymywać funkcjonowanie tamtego ustroju administracyjnego, przedstawia się jako przeciwnik demokratycznej Polski i suwerenności jej systemu politycznego”.

Reductio ad sovieticum

O ironio, ten sam prof. Kulesza w latach 70. jednoznacznie popierał gierkowski projekt likwidacji powiatów i utworzenia 49 województw… Z kolei postkomuniści, początkowo niechętni powiatom, od 1993 r. – gdy zorientowali się, że ich szanse na obsadzenie nowych struktur swoimi ludźmi są wysokie – dołączyli do grona ich zwolenników. Tak oto ukształtował się ponadpartyjny konsensus sił okrągłostołowych co do ram późniejszej reformy.

Przytoczona wypowiedź Kuleszy nie była odosobniona: w podobny sposób, chętnie sięgając do tyleż łatwego, ile obraźliwego reductio ad sovieticum, traktowano przez lata praktycznie każdy pomysł innego urządzenia polskiego samorządu niż ten, który wymyślili twórcy reformy przeprowadzonej za niesławnej koalicji AWS-UW.

Ten sam ton pobrzmiewa również w polemice z moim komentarzem o „Polsce 49” Leszka Millera, pióra niezwykle cenionego przeze mnie Rafała Matyi. Jeden z najprzenikliwszych analityków polskiej polityki zaczyna od wytknięcia mi rzekomego „odrzucenia decentralizacji”. Sądzę jednak, że w naszym sporze to mój adwersarz jest – skoro już na tej płaszczyźnie rozmawiamy – o wiele bardziej centralistyczny.

Zacznijmy od ogólnego stwierdzenia, że ustrój administracyjny każdego państwa można urządzić na różne, alternatywne sposoby, z których żaden nie jest jedynym możliwym sposobem decentralizacji. Również polski samorząd można było budować zarówno w oparciu o koncepcję prof. Kuleszy et consortes, jak i, np., o alternatywny pomysł 49 powiato-województw.

Można było również powołać 16 dużych województw bez tworzenia powiatów, bo już od 1990 r. ustawa o samorządzie gminnym dawała możliwość tworzenia związków gmin, w tym gmin wiodących, które sprawniej niż powiaty mogłyby wykonywać praktycznie te same co one funkcje.

Byłaby to struktura o wiele bardziej samoregulująca się, samorządna i elastyczna (a przy okazji dużo tańsza) niż odgórne wyznaczenie ponad 300 nowych powiatowych centrów administracyjnych, które Matyja zdaje się uważać za jedynie słuszny pomysł na decentralizację.

Hodowla biurokratów

Przy okazji mój polemista ujawnia zdumiewające założenie, stojące za jego obroną reformy z 1998 r. Sądzi najwyraźniej, że świetnym sposobem na dowartościowanie miast prowincjonalnych jest obdarowanie ich przez Warszawę dodatkowymi urzędnikami.

Taka właśnie logika stoi za jego wyliczeniami, mającymi dowieść, że więcej Polaków „zyskało” na utworzeniu powiatów, niż „straciło” na zmniejszeniu liczby województw. Przypomnijmy, że 10 lat po reformie z 1998 r. w polskich samorządach przybyło ponad 120 tys. nowych urzędników.

Odrzucam to rozumowanie. Polska jest jednym z najbardziej zbiurokratyzowanych państw świata: w horrendalnie przerośniętym sektorze publicznym pracuje niemal co czwarty (3,5 mln osób) zatrudniony, jego wydatki stanowią ok. 45 proc. PKB. Przy tym liczba ta zupełnie nie przekłada się na jakość państwa i usług publicznych. Wręcz przeciwnie, stworzono gęstą sieć nadregulacji, umożliwiającą niezliczonym sitwom i klikom pasożytowanie na państwie.

Mój adwersarz sądzi najwyraźniej, że świetnym sposobem na dowartościowanie miast prowincjonalnych jest obdarowanie ich dodatkowymi urzędnikami

Matyja wyraźnie lekceważy problem kosztów reformy administracyjnej, a zarazem próbuje zredukować do niego moją krytykę samorządowych patologii. W obu przypadkach strzela jednak kulą w płot.

W pierwszym, bo czy rzeczywiście biedny kraj, z lawinowo rosnącym zadłużeniem, może sobie pozwolić na wydawanie lekką ręką grubych miliardów złotych, tak jak Polska przy reformie samorządowej? Pytanie retoryczne, zdawałoby się.

Władza i świecidełka

Jednak Matyja chybi i w drugiej sprawie. Wbrew temu, co pisze, nie ograniczyłem się w poprzednim tekście do argumentów przeciwko kosztom reformy samorządowej. Zasygnalizowałem też problem konfliktogennego skrzyżowania kompetencji gmin i powiatów, nieefektywnego nadzoru, fikcji organizacyjnej przekształcenia dawnych urzędów wojewódzkich w zamiejscowe.

To ostatnie można by nazwać wielkim oszustwem lub skrajną nieudolnością ze strony autorów reformy z 1998 r.: z jednej strony odsądzali przeciwników – i samorządowy „ancien régime” – od czci i wiary, z drugiej, nie przeprowadzili faktycznej likwidacji dawnych struktur.

Zresztą, podając przekraczające 600 mln różnice w wyliczeniach kosztów reformy samorządowej, chciałem pokazać nie tylko, że przedsięwzięcie było za drogie. Każdy, kto miał okazję prowadzić w Polsce biznes czy fundację, wie, że bez dokładnej znajomości budżetu ani rusz. Skoro autorzy wielkiej reformy administracyjnej nie są w stanie podać nawet przybliżonego kosztu swojej działalności, jest to jaskrawy dowód ich niekompetencji i nieodpowiedzialności.

Tylko dzięki pominięciu tych kwestii może Matyja twierdzić, że „uporządkowanie systemu administracji państwowej w terenie” zostało „w znacznym stopniu osiągnięte”.

Broniąc jak lew reformy z 1998 r., autor „Konserwatyzmu po komunizmie” zaskakuje także wówczas, gdy pisze, że „zadania wydzielone w ramach reform samorządowych były jednym z niewielu pól, jakie administracyjno-polityczna elita z Warszawy oddała komukolwiek spoza jej kręgu pod kontrolę”.

Mam odwrotne zdanie: elity okrągłostołowe były wręcz nadgorliwe w oddawaniu realnej władzy politycznej. Działo się tak, począwszy od nazwanego myląco nazwiskiem Leszka Balcerowicza planu Sorosa i Sachsa, który na długo przesądził o kształcie polskiej gospodarki. Poprzez liczne umowy i arbitraże międzynarodowe. Aż po – delikatnie rzecz ujmując – mało asertywne negocjacje akcesyjne z Unią Europejską czy później przy okazji traktatu lizbońskiego albo paktu klimatycznego.

Tak więc kompradorskie elity polskie od dwudziestu pięciu lat ochoczo rezygnują z resztek prawdziwej władzy, dbając zarazem o to, by pula „świecidełek” w zdegenerowanym sektorze publicznym pozostawała na tyle duża, by nasycić ich niskie apetyty. Opisana przez prof. Staniszkis „karuzela stanowisk” musi się kręcić bez końca.

Czy rzeczywiście mamy mocne podstawy, by sądzić, że reforma samorządowa była tu chlubnym wyjątkiem? Nie sądzę. Z punktu widzenia patologicznej logiki naszej klasy politycznej – i postsolidarnościowej, i postkomunistycznej – przyniosła bowiem kolejne rozmnożenie owych „świecidełek” – choćby w postaci kolejnych dziesiątek tysięcy etatów do rozdania politycznym klientom. Ale przecież także kolejnych samorządowych zleceń i spółek, gospodarowanych „po uważaniu”, najczęściej poza jakąkolwiek społeczną kontrolą.

Przyznaję, że reforma z 1998 r. ułatwiła – jak słusznie pisze Matyja – prowadzenie polityki regionalnej. Niewątpliwie też 16 województw lepiej niż 49 pasuje do układu przestrzennego Polski. Niemniej nie uważam tych zalet za wystarczającą rekompensatę bezmiaru patologii, które przy tej okazji wytworzono lub rozmnożono.

Natomiast propozycja powrotu do dawnej struktury ze strony Millera budzi mój entuzjazm nie sama w sobie. Bo jest oczywiście zbyt prosta, nie ma też mocnych podstaw, żeby sądzić, że byłaby poważnie realizowana. Traktuję ją jednak jako asumpt do przełamania milczenia w sprawie samorządowych patologii i wznowienia debaty ustrojowej.

Redaktor naczelny „Nowej Konfederacji”

Za:

http://www.nowakonfederacja.pl/reforma-samorzadowa-byla-kleska/