|
Chodziło o przejmowanie tzw. bezdziedzicznych spadków przez podstawianie fałszywych osób, które wchodziły w rolę prawnych spadkobierców – dotyczyło to m.in. majątków żydowskich.
Rozmowa ze Sławomirem Cenckiewiczem, historykiem, likwidatorem WSI i autorem m.in. książki „Długie ramię Moskwy”
Premier ogłosił, że chce „chronić Polskę przed erupcją informacji na temat służb” i nie chce komisji śledczej w sprawie rozwiązania WSI. Oznacza to, że jej nie będzie. To dobrze? Trzeba zacząć od tego, że pomysł komisji śledczej sądzącej Antoniego Macierewicza i cały proces likwidacji WSI, a więc również wszystkie osoby zaangażowane w weryfikację i likwidację WSI, nie jest nowy. Środowisko WSI domagało się tego już jesienią 2007 r. Kierowało nawet petycje do rządu i prezydenta, klubów parlamentarnych i parlamentarzystów. Teraz wraca do starych pomysłów. Tyle że próbuje je realizować głównie przy pomocy „palikociarni”, której udziela rad. To zresztą oznaka nieprawdopodobnej słabości, desperacji i upadku środowiska WSI.
Dlaczego? Temat nie schodzi z pierwszych miejsc w mediach. Skoro narzędziem realizacji postulatów WSI jest tak folklorystyczna partyjka, niemająca większych możliwości sprawczych i społecznego zaplecza, to jest to upadek. Proszę pamiętać, że w przeszłości siła WSI brała się z wpływów u prezydentów Wałęsy i Kwaśniewskiego, w MON i SLD, a także w Samoobronie, która miała przecież wicepremiera rządu.
Teraz medialni funkcjonariusze nie kryją oburzenia, że komisji nie będzie. Sam zastanawiam się czasem, czy taka komisja nie powinna powstać, ale nie wiem, czy faktycznie któryś z poważnych graczy politycznych brał pod uwagę jej powołanie na serio. Gdyby powstała, mielibyśmy okazję – myślę o osobach zaangażowanych w likwidację WSI – odsłonić patologie tych służb i powiązania z nimi wielu ludzi. Można by też pokazać to wszystko, co działo się w służbach po 2007 r., a to nie byłoby na rękę ani obecnej ekipie rządowej, ani prezydentowi, ani całemu establishmentowi III RP.
Donald Tusk mówi, że są „inne narzędzia, których warto użyć”. Wymienia Kolegium do spraw Służb Specjalnych lub sejmową Komisję do spraw Służb Specjalnych. Kolegium nie ma kompetencji, by cokolwiek i kogokolwiek rozliczać. Może co najwyżej przygotować dla premiera rekomendacje i służyć radą. Sprawa ta była zresztą omawiana kilkakrotnie na forum kolegium po 2007 r. Nie wątpię jednak, że jakieś działania będą jeszcze przeciw nam podejmowane. Trzeba pamiętać, że bohaterowie tzw. afery marszałkowej, czyli Bronisław Komorowski, Paweł Graś i Krzysztof Bondaryk, włożyli już wiele wysiłku i pracy, by Antoniego Macierewicza i pozostałych likwidatorów WSI wsadzić do więzienia. Jednak mimo spektakularnych akcji ABW wobec członków Komisji Weryfikacyjnej – Piotra Bączka i Leszka Pietrzaka – byli bezradni. Oznaką tej bezradności jest też fiasko kilku śledztw prowadzonych w sprawie likwidacji WSI. Kompromitujący dla układu rządzącego jest też tzw. antyraport PO na temat weryfikacji WSI, przygotowany przez Marka Biernackiego.
Co to za antyraport? Chodzi o „Opinię zespołu ekspertów Platformy Obywatelskiej do publikacji Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI” z 27 marca 2007 r. To dokument tak żenujący pod względem merytorycznym, że nawet w PO nie stanowi dzisiaj jakiegokolwiek punktu odniesienia. Ale zawiera rzeczywiste stanowisko PO wobec problemu WSI. Nie tylko genezy tej służby, a także wobec faktów pokazujących przestępczy charakter tej formacji. PO zaatakowała w nim fakt ujawnienia w raporcie Macierewicza przestępczej działalności Zarządu II, czyli wywiadu wojskowego PRL. Chodziło o przejmowanie tzw. bezdziedzicznych spadków przez podstawianie fałszywych osób, które wchodziły w rolę prawnych spadkobierców – dotyczyło to m.in. majątków żydowskich. Gdyby przyjąć stanowisko PO za wiążące, to akta Zarządu II byłyby wciąż ukryte w zbiorze zastrzeżonym IPN i opinia publiczna nie miałaby prawa nic na ten temat wiedzieć. Antyraport PO zaprzecza oczywistym faktom, które dziś można bez trudu zweryfikować w IPN, takich jak współpraca znanego w latach 90. dziennikarza „Pulsu biznesu” Andrzeja Nierychły ps. Sąsiad najpierw z Zarządem II, a później z WSI. Jego opiekunem był nie kto inny jak Marek Dukaczewski. Wbrew faktom – zachowało się bowiem zobowiązanie Nierychły do współpracy i dokumenty operacyjne – Biernacki cytuje aprobatywnie nieodpowiadające faktom jego wynurzenia: „Nigdy nie podejmowałem żadnego zobowiązania i nie prowadziłem żadnej pracy agenturalnej związanej z zawodem dziennikarskim i z redakcjami, w których pracowałem”.
PO lubi powtarzać, że była za likwidacją WSI, prócz Komorowskiego cała głosowała za tym w Sejmie. Teraz premier widzi „intencję polityczną tych, którzy stworzyli raport o WSI, i tych, którzy podjęli decyzję o jego publikacji”. Czy Tusk musi stawiać na środowisko WSI, bo jest już tak słaby? Niewątpliwie jest to efekt nacisku lobby WSI na premiera. Wokół Tuska są i byli ludzie silnie, choć niekoniecznie formalnie związani z tymi służbami. Pamiętajmy o niejasnej roli Pawła Grasia, czyli bliskiego współpracownika Tuska, w tzw. aferze marszałkowej.
Czyli? Chodzi w istocie o prowokację, zapoczątkowaną zresztą przez dziennikarzy ówczesnego „Dziennika” tekstem „Aneks do raportu o WSI na sprzedaż” z 19 listopada 2007 r., który stanowił jakby preludium do podjęcia działań przez ABW w sprawie rzekomego handlu tajnym aneksem do raportu z weryfikacji WSI. Ta bzdura została później „uprawdopodobniona” przez wiele tekstów prasowych w „Dzienniku” i „Gazecie Wyborczej”, a później przez relacje dwóch żołnierzy powiązanych z WSI, którzy ze swoimi wynurzeniami dotarli do marszałka sejmu Bronisława Komorowskiego i Pawła Grasia. Z tej hucpy w praktyce nie zostało dzisiaj już nic – poza nieustannym nękaniem Wojciecha Sumlińskiego. Widać też związki ludzi WSI z dziennikarzami, którzy są przez nich wykorzystywani w prowadzeniu wojny z Antonim Macierewiczem. To wszystko trzeba będzie kiedyś dokładnie przeanalizować również pod kątem kontrwywiadowczym, bo zdaje się, że mieliśmy do czynienia z czymś o wiele poważniejszym niż chociażby „szafa Lesiaka”, być może również w wymiarze zewnętrznym.
A rola Grasia? Paweł Graś wydaje się w tej grze ważny ze względu na stały dostęp do ucha Tuska i swoje związki z ludźmi służb. Był członkiem sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych w latach 2006–2007, czyli w czasie, gdy toczył się proces weryfikacji i likwidacji WSI. Wtedy wspólnie z Markiem Biernackim i Januszem Zemke z SLD bombardował nas pismami wzywającymi do stawienia się na posiedzeniu komisji, by nas przesłuchiwać. Za mną słał faksy do wszystkich chyba oddziałów IPN. Świadczyło to o jego histerii, ale i o silnej więzi emocjonalnej z ludźmi WSI. Był autentycznie zaangażowany w ochronę tego środowiska. Niemniej trzeba pamiętać, że najważniejszym źródłem wpływów WSI jest Pałac Prezydencki.
Ludzie, którzy weryfikowali i likwidowali WSI, spotykali się z groźbami tego środowiska. One następowały od razu? Najpierw były próby kupienia. Proponowali bliższą integrację, skoki spadochronowe, a nawet kontakty z dziewczętami lekkich obyczajów za granicą. Później, kiedy już zauważyli, że likwidacja WSI przybiera realne formy, zaczęli się denerwować. Pojawiły się w „NIE” i „Trybunie” teksty opisujące konkretne sytuacje. Pamiętam, jak jeden z oficerów wywiadu WSI zwrócił się do mnie i Piotra Woyciechowskiego pełen oburzenia: „Co wy tu, k..wa, będziecie podłogi zrywać w poszukiwaniu papierów?”. No, a później były kolejne przełomy, z których chyba największym było zlokalizowanie w WSI czołowego esbeka cenionego przez Kiszczaka – płk. Aleksandra Makowskiego. Wówczas ludzie WSI popadli w histerię i zaczęły się groźby.
Jako przewodniczący Komisji Likwidacyjnej WSI był Pan często wzywany przez prokuraturę. Jak szybko po likwidacji WSI zajęło się Wami polskie państwo? Historia śledztw prokuratorskich prowadzonych przy udziale śledczych ABW ma tyle lat co system Tuska. Ale po raz pierwszy w sprawie niektórych decyzji związanych z likwidacją WSI przesłuchiwany byłem jeszcze za rządów PiS, w prokuraturze wojskowej na początku 2007 r. To w gruncie rzeczy dość zabawna historia. Prokuratura zaczęła analizować kwestię odkrytych przez nas materiałów w WSI (prawie 40 metrów bieżących), które zgodnie z prawem powinny być przekazane do IPN. Przesłuchująca mnie młoda pani prokurator-porucznik oświadczyła mi, że dokumenty służb specjalnych PRL „powinny być wieczyście chronione” przed ujawnieniem. A nad jej głową na ścianie wisiały kserokopie rysunków z tygodnika „NIE” ośmieszające likwidację WSI i Antoniego Macierewicza.
Po wygranych przez PO wyborach było już nieco poważniej? Było kilka śledztw, w ramach których nas wzywano. Były te związane tzw. aferą marszałkową wątki dotyczące przecieków medialnych, sprawy dotyczące powstania i treści raportu z weryfikacji WSI, a nawet śledztwa na temat sposobu zatrudniania niektórych osób w SKW. Myślę, że w sumie wysłuchano mnie kilkadziesiąt razy.
Miało to, Pana zdaniem, charakter nękania? Tak, zwłaszcza że aktywności śledczych towarzyszyły działania tajnych służb – stosowano wobec nas cały wachlarz działań operacyjnych, od podsłuchów do tajnej obserwacji. Słyszeliśmy o działaniach zarówno ABW, jak i SKW…
Skąd słyszeliście? Niektóre pytania i sugestie prokuratorów odwoływały się ewidentnie do wiedzy uzyskanej drogą operacyjną. Jakby dla potwierdzenia otrzymałem swego czasu oficjalne pismo o zastosowanych wobec mnie przedsięwzięciach związanych z kontrolą rozmów telefonicznych. W mojej sprawie działania te nakładały się na podobne akcje związane z kolei z publikacją książki „SB a Lech Wałęsa”, która również stała się powodem niezwykłej gorliwości śledczych i ABW.
Ta gorliwość nie zastanawiała Pana? Zastanawia do dzisiaj. Przy tej okazji można zobaczyć mechanizm, dość typowy dla systemu Tuska. Jedno z wymienionych śledztw dotyczących likwidacji WSI prowadził niejaki Robert Skawiński, prokurator, który – o czym mało kto pamięta – prowadził w przeszłości zastanawiająco nieskutecznie śledztwo w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika. Jaką trzeba mieć determinację w obronie WSI i ściganiu ich likwidatorów, by w 2009 r. powierzyć śledztwo człowiekowi, który tak się skompromitował tamtą sprawą! Pięć lat temu ówczesny poseł Marek Biernacki, a dzisiejszy minister sprawiedliwości, tak mówił o pracy Skawińskiego: „Prokuratura w tym śledztwie była stroną bierną, policja wykonywała większość czynności. Kiedy mógł nastąpić przełom i zatrzymanie podejrzanego Kościuka, to do tego nie doszło, ponieważ nie zgodzili się na to prokuratorzy nadzorujący”. Dziś Biernackiemu ten prokurator nie przeszkadza, bo wojował z likwidatorami WSI, i udaje, że nie kojarzy tych faktów.
Więcej na:

|