Machiavelli na Majdanie - Prowadzić swoją politykę tak, by móc rozmawiać z każdym, nie ufać nikomu Drukuj
Michał Kuź
Podczas rewolucji na Ukrainie z ust niektórych komentatorów popłynął potok neoromantycznych frazesów. W efekcie dyskurs wokół naszej polityki zagranicznej staje się irracjonalny.

 

„Krew zabitych i zmasakrowanych Ukraińców jest na rękach Tuska, Sikorskiego, Komorowskiego. Oczywiście, także przywódców świata zachodniego z Merkel na czele. Czekali, nic nie robili, podlizywali się rosyjskiemu satrapie, jak niegdyś Chamberlain Hitlerowi” – tak dla „wSieci” jeszcze podczas trwania igrzysk komentował wydarzenia na Ukrainie Krzysztof Czabański, znany publicysta, redaktor i dziennikarz z wieloletnim stażem. Domagał się przy tym natychmiastowego wycofania się z zawodów w Soczi i odwołania polskiego ambasadora w Moskwie, sugerując, że wszystkiemu są winni Rosjanie.

W strzelisty sposób wypowiadał się Paweł Kukiz dla „Do Rzeczy”: „Modlę się za Was codziennie, Bracia i Siostry na Majdanie. Modlę za Waszą Ojczyznę, za wolność, za zwycięstwo. Wiem, że Duch Święty jest z Wami. Bo czułem Go całym sobą, tam – przy 94 krzyżach pod Czarną Barykadą”.

Nawet Adam Michnik nie wytrzymał i wspominając zapewne czasy swojej młodości, napisał płomienną odezwę do „braci Ukraińców”. Zasugerował w niej, że to Janukowycz jest winny wszelkim bolączkom społeczeństwa ukraińskiego, gdyż: „Naród został okłamany przez manipulatorów, którzy choć wybrani demokratycznie, poprzez pełzający zamach stanu przekształcali Ukrainę w państwo dyktatury i korupcji”.

Politycy starali się być ostrożniejsi od publicystów, jednak i oni ulegli w końcu licytacji na to, komu serce bardziej krwawi, kto mocniej popiera, kto pierwszy odwiedzi protestujących, a potem kto zdradził Majdan, a kto popierał naprawdę.

Zapytajmy o interesy i rację stanu

Wzmożenie moralne i emocjonalne jest w takich sytuacjach zrozumiałe, a nawet potrzebne. Odwaga i republikański duch zwykłych Ukraińców zasługują na uznanie. Poświęcenie ofiar Majdanu należy uszanować.

Gdy jednak te uczucia i gesty zastępują nam chłodną ocenę politycznych realiów, składających się z niemających nic wspólnego z sentymentami interesów i układów sił – jesteśmy na drodze do umysłowej i politycznej klęski.

Powyższe wypowiedzi, wraz z dziesiątkami im podobnych, były reprezentatywne dla dominującego nurtu polskiej debaty o ukraińskiej rewolucji. Ten ton zjednoczył PiS, PO i pomniejsze partie, a także intelektualną prawicę, centrum i lewicę.

W tej narracji nie było na Ukrainie żadnej gry interesów, którą można by rozpatrywać z punktu widzenia polskiej racji stanu. Janukowycz nie reprezentował żadnych interesów i poglądów Ukraińców, opozycja też nie. To była czysta eschatologia: krwawy, skorumpowany dyktator, a naprzeciwko powstały z kolan bohaterski naród i jego szlachetni przywódcy. Dobro kontra zło.

Zamieniając kategorie polityczne na etyczne i psychologiczne, tracimy z pola widzenia polski interes narodowy. Nikt o niego nie pyta, nikt go nie definiuje, nikt się nie zastanawia, jak go odnaleźć w tej skomplikowanej i płynnej sytuacji. Jaskrawe bzdury przyjmuje się więc jako aksjomaty i powtarza po tysiąckroć jako oczywistości.

Jakiego rozwoju wypadków na wschodzie domaga się polska racja stanu? Nade wszystko potrzebujemy Ukrainy niezależnej od Rosji. Bo wtedy wpływy Kremla są odsunięte dużo dalej od nas, a sam jego wielkomocarstwowy status staje się bez strategicznie kluczowego Kijowa wątpliwy.

Po drugie, potrzebujemy Ukrainy propolskiej. Nie – a w każdym razie nie w pierwszej kolejności – prozachodniej czy prounijnej, ale przyjaznej nam konkretnie. Bo wtedy tworzymy z 45-milionowym narodem blok tamujący rosyjskie ambicje imperialne znacznie skuteczniej, niż gdybyśmy to robili osobno lub zwalczając się nawzajem. Stajemy się też magnesem geopolitycznym dla innych krajów regionu.

Po trzecie, potrzebujemy Ukrainy w miarę możliwości praworządnej. Bo wtedy będzie ona bardziej przewidywalna i będzie z nią łatwiej przeprowadzać wspólne projekty wszelkiego typu.

W tych trzech punktach zawiera się moim zdaniem docelowy stan, do którego powinniśmy dążyć, nawet jeśli w danej chwili wydaje się nieskończenie odległy. One powinny organizować nasze myślenie i działanie względem Ukrainy.

W tej optyce przyjmowany obecnie bezwiednie aksjomat o wspieraniu integracji Kijowa z Unią Europejską jest już nieoczywisty, a nawet problematyczny. Bo czy rzeczywiście chcemy poddać Ukrainę rygorom unijnej polityki klimatycznej, która by jej gospodarkę błyskawicznie zniszczyła? Czy chcemy, aby przedsiębiorstwa sąsiadów popadały w nierównej konkurencji z zachodnioeuropejskimi?

Niebiescy, pomarańczowi i Moskwa

Z powyższego wynika też, że powinniśmy utrzymywać dobre kontakty z Ukrainą niezależnie od tego, czy jest akurat „pomarańczowa”, „błękitna”, czy jakakolwiek inna. Bo uzależnianie przyjaźni od zmiennego u zoligarchizowanych sąsiadów stosunku do demokracji i praw człowieka grozi pchaniem ich w objęcia Rosji, gdy akurat rządzi opcja mniej liberalna.

Ale my nie myślimy w ten sposób. Zamiast tego, kierowani poczuciem misji i zrywem serca, wielbimy raz na dziesięć lat ukraińskie zrywy obywatelskie, a przez resztę czasu marszczymy się na niedostatek demokracji i udajemy, że to jakiś inny, obcy kraj.

Patrząc w ten sposób, nie można dostrzec ewidentnego dla Polski kłopotu wynikającego z faktu, że wobec nieurodzenia przez Majdan nowej generacji przywódców owoce rewolucji konsumują i będą konsumować starzy. Przede wszystkim obóz Julii Tymoszenko, która już w przeszłości Ukrainą rządziła i deklarowała rozbicie oligarchii, a prawie nic w tej sprawie nie zrobiła.

Julia zapowiadała uniezależnienie od Rosji, a uwikłała kraj w rujnujący kontrakt z Gazpromem i nic nie zdziałała w kwestii zbliżenia z Zachodem. Dziś wraca w glorii męczennicy „kryminalisty” Janukowycza, a jej ludzie obejmują kluczowe stanowiska państwowe. Paradoksalnie, wydaje się przy tym, że to ona jest obecnie prezydencką opcją, którą najłatwiej będzie zaakceptować Władimirowi Putinowi.

Alternatywy? Rosnący na znaczeniu szowiniści ze Swobody i Prawego Sektora, czczący autorkę ludobójstwa Polaków na Wołyniu, Ukraińską Armię Powstańczą. I kreowany przez Angelę Merkel na męża opatrznościowego Witalij Kliczko ze swoim UDAR.

Idealistyczna, romantyczna narracja o Ukrainie stępiła polski rozum polityczny do tego stopnia, że mówienie o Janukowyczu per „marionetka Kremla” stało się nagminne. To czysty absurd: eksprezydent zrobił dla uniezależnienia Kijowa od Moskwy znacznie więcej niż pomarańczowi. Obronił ukraińskie rurociągi przed przejęciem przez Rosjan, rewersował dostawy gazu z Polski, Węgier i Słowacji, dołączył do azersko-tureckiego Gazociągu Transanatolijskiego. Proponował także (bezskutecznie) Warszawie reanimację rurociągu Odessa–Brody–Płock.

Nie zapominajmy też o ostrej reakcji rosyjskich mediów po tym, jak w 2011 r. Wiktor Janukowycz pojechał do Polski, by nieoficjalnie spotkać się z Barackiem Obamą. Mówiło się nawet, że były prezydent Ukrainy proponował wtedy Amerykanom przejęcie obecnie dzierżawionej przez Rosjan bazy w Sewastopolu.

Dominujące polskie elity, bezwiednie poddając się idealistycznemu amokowi, nie rozumieją rzeczy wydawałoby się oczywistej: ktokolwiek rządzi Ukrainą, musi się liczyć z potęgą, presją i sporymi wpływami Rosji w swoim kraju. A co za tym idzie – prowadzić politykę takiego lawirowania między Kremlem a Zachodem, żeby oddać temu pierwszemu możliwie najmniej, zachowując najważniejsze aktywa i zyskując, co się w danej chwili da, dla poszerzenia ukraińskiej niezależności.

Nie inaczej robił Janukowycz, do czasu, gdy sytuacja wymknęła mu się spod kontroli, uniemożliwiając porozumienie z Majdanem, izolując go od Zachodu i popychając w stronę Moskwy. Nie inaczej będzie robić niedawna opozycja, teraz obciążona dodatkowo zagrożeniem rychłego bankructwa państwa, do którego wykorzystania dla własnej korzyści Rosja będzie o wiele bardziej skora niż Zachód.

Machiavelli po odwiedzeniu Majdanu doradzałby Polsce prowadzić swoją politykę tak, by móc rozmawiać z każdym, nie ufać nikomu

Idealistyczne spaczenie sprawia, że zapominamy o polskim interesie narodowym. Kibicujemy „dobrym”, warczymy na „złych” dokładnie tak samo jak podczas pomarańczowej rewolucji, na której jednostronnym poparciu nic nie wygraliśmy, za to przegraliśmy możliwość ułożenia sobie pragmatycznie życzliwych relacji z Ukrainą „błękitną”. Niby rozumiemy, że ta ostatnia nie zniknie – tak jak nie zniknęła 10 lat temu – nawet jeśli Partia Regionów odejdzie w niebyt, ale zachowujemy się tak, jak byśmy nie rozumieli. Jakby zżerająca wschodniego sąsiada korupcja, zacofanie i nędza były wyłącznym dziełem „kryminalisty” Janukowycza, a nie trwającymi nieprzerwanie od 20 lat plagami narodowymi.

O obłęd niemal ociera się bowiem sąd, iż liderzy opozycji muszą być dobrzy tylko dlatego, że walczą ze złym dyktatorem. Jeszcze bardziej obłędne jest zaś niezrozumienie tego, że nie wiedząc, jakie będą rezultaty i mając ograniczone środki, wielu sprytniejszych od nas polityków postawiło tymczasowo działać powściągliwie. Skąd bowiem przekonanie, że rewolucja na Ukrainie skończy się inaczej niż rewolucja w Egipcie?

Ukraina a sprawa polska

Nie chodzi oczywiście o to, żeby z czegokolwiek byłego prezydenta rozgrzeszać. Rozkradł wiele narodowego majątku i odpowiada politycznie za masakry na Majdanie. Jednak jeśli nasza debata publiczna ma służyć korzystnej dla Polski polityce, to musimy się zdobyć na analizę obiektywnych interesów, które reprezentują dyktatorzy, zwłaszcza dyktatorzy naszych ważnych sąsiadów.

W Polsce mało kto jednak w ten sposób rozmawia. Dominujące narracje przesyca narcyzm, o którym w poprzednim numerze „Nowej Konfederacji” pisał Bartłomiej Radziejewski. Doskonale widać go w charakterystycznym pomieszaniu naturalnych, ludzkich odruchów (takich jak współczucie dla niewinnych ofiar) z kwestiami politycznymi, w których z natury rzeczy nie można się kierować przecież emocjami.

W Polsce tenże narcyzm nakłada się na nasz tradycyjny idealizm. To on pozwolił nam udawać, że zachowaliśmy resztki godności po miażdżących politycznych klęskach. Byliśmy moralnymi zwycięzcami, bo nie oddaliśmy Gdańska Hitlerowi ani Torunia Fryderykowi Wielkiemu, który chciał go otrzymać w zamian za poparcie naszych reform. Zawsze mogliśmy innym rzucić w twarz, że są obojętnymi szujami, a my, jako wybrany naród Europy „cierpimy za miliony”.

Po tylu latach można by oczekiwać, że czegoś się nauczymy, że coś zrozumiemy. W kraju tak ciężko doświadczonym przez historię biblia realistów, jaką jest „Książę” Machiavellego, powinna być obowiązkową lekturą szkolną, a tak liczne (do niedawna) wydziały politologii i dziennikarstwa powinny kształcić samych sprytnych dyplomatów oraz rzutkich redaktorów.

Co powinniśmy zrobić?

Wspomniany Machiavelli po odwiedzeniu Majdanu zapewne doradzałby Polsce prowadzić politykę tak, by móc rozmawiać z każdym, nie ufać nikomu.

Mieliśmy pewne obiecujące dla nas sygnały płynące i od niebieskich. Za nasze zapatrzenie w pomarańczowych w ostateczności dostaliśmy zaś tylko kilka nowych pomników Stepana Bandery. Nie należy naturalnie przesądzać, że banderowskie afiliacje determinują jakąś dogłębną, programową antypolskość części liderów Majdanu. Zawsze należy sobie jednak zadać pytanie o to, co dostajemy w zamian za to, że na takie sprawy przymykamy oczy?

Nie mamy odpowiednich środków, by politycznie krajem wielkości Ukrainy w jakimś określonym kierunku sterować. Musimy go więc na razie przyjąć takim, jaki jest, a zatem zaakceptować permanentnie oligarchiczny charakter tamtejszych stosunków społecznych i zmienność opcji politycznych u władzy, z całym „dobrodziejstwem inwentarza”.

Równocześnie powinniśmy budować zaplecze dla polskiego biznesu i go intensywnie na Ukrainie promować. Kraj ten jest wszak dla nas zbyt ważnym partnerem, by w mętnej wodzie politycznych układów nie próbować łowić ryb.

Prowadząc asertywną polityką historyczną, nie możemy też zapominać o innych działaniach z arsenału soft power. W Kijowie można utworzyć Instytut Polski promujący naukę naszego języka i polską kulturę. Można również – na większą niż obecnie skalę i w sposób lepiej przemyślany – fundować ukraińskim studentom stypendia na polskich uczelniach.

Miękka propolskość, rozbudzona naszym niedawnym entuzjazmem, zadziała jednak na dłuższą metę tylko, jeśli uda nam się Ukrainę związać długoterminowymi projektami o strategicznym znaczeniu. Jedynie w takim układzie każdy kolejny ukraiński rząd nie będzie bowiem mógł ot tak wycofać się z przyjaźni z Warszawą.

Nade wszystko musimy jednak pamiętać, że nowa władza, która obecnie kształtuje się na Ukrainie, zapewne już wkrótce sama polegnie pod kolejną falą niezadowolenia społecznego. Musimy więc mieć przychylnych nam ludzi w każdym obozie. Wbrew szumnym deklaracjom naszych publicystów absolutnym standardem cywilizowanej polityki międzynarodowej jest bowiem odrywanie jej od osobistych moralnych sentymentów.

W państwach, które dojrzałą, asertywną politykę zagraniczną prowadzą od stuleci, takich rzeczy nie trzeba naturalnie mówić głośno, bo po co? Dla ich publicystów, dyplomatów i polityków myślenie kategoriami racji stanu jest absolutnie oczywiste. Polakom należy zaś czasami przypominać, że są obywatelami niepodległego kraju, który musi bezwzględnie dbać o swoje interesy. Nikt przecież tego za nas nie zrobi.

Redaktor „Nowej Konfederacji”

 

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 9 (21)/2014, 27 LUTEGO–5 MARCA, CENA: 0 ZŁ
Artykuł powstał dzięki Darczyńcom. Zostań jednym z nich!