|
Luminarze polskiego dziennikarstwa „głównego nurtu” zachowują się tak, jakby przyszli na świat wczoraj – nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni.
Zdzisław Krasnodębski
Rządy PO–PSL \ Między wolnym światem a postsowieckim autorytaryzmem
Nie tylko byliśmy i ciągle jesteśmy członkiem NATO drugiej kategorii, ale także nasza wolność jest miernej jakości, krucha i nietrwała. W ostatnich latach nastąpił jej daleko idący regres. Choć z ukraińskiej perspektywy wygląda to może inaczej, Polska jest gdzieś między putinowską Rosją a krajami, w których wolność i zasady demokratyczne są rzeczywiście respektowane
Często przedstawia się wybór, przed którym stanęła Ukraina, jako wybór między „wolnym światem” a posowieckim światem rządów despotycznych, w którym nie szanuje się prawa jednostek, gdzie media – kontrolowane przez obóz władzy – są posłusznym narzędziem jego propagandy, gdzie możliwości działań opozycji są ograniczone, gdzie rządzą ciemne interesy, panuje korupcja i nepotyzm, gdzie ludzie są inwigilowani i zastraszani, a ci szczególnie groźni lub niewygodni dla władzy często padają ofiarą tajemniczych zbrodni lub popełniają niespodziewanie samobójstwo.
Obudziliśmy się w innym świecie Niewątpliwie jest to opis trafny – tak ciągle wygląda ów, bardzo mało ludzki, świat, który rozciąga się na wschodzie. Tyle że jeszcze do niedawna twierdzono, że może on być tylko wyrazem antyrosyjskich fobii, uprzedzeń, oszołomstwa. Dzisiaj jednak dobry Putin – partner otwarty na dialog – zamienił się w bardzo złego Putina – szaleńca, który nawet może sprawić, że 1 września dzieci nie pójdą do szkoły. Jak mówił w TVN24 jeden z przejętych celebrytów: „obudziliśmy się w innym świecie”. Ale to nie świat się zmienił, tylko – chwilowo – treści wtłaczane w lemingowate umysły, co nadal ich posiadaczom pozwala ślepo podążać śladem uwielbianej partii i premiera. Można jeszcze od biedy zrozumieć, dlaczego złudzenia co do systemu Putina mogli mieć Niemcy, Francuzi czy Włosi – nawet po zabójstwie Anny Politkowskiej, mordzie popełnionym na Aleksandrze Litwinience, holokauście Czeczenów. Ale Polacy po Smoleńsku, po tym, jak naocznie przekonali się, jak się prowadzi śledztwo, jak się traktuje wrak samolotu, w którym zginęła polska elita, po raporcie Tatiany Anodiny, powinni być w pełni świadomi, czym jest dzisiejsza Rosja i jej władca. Tymczasem luminarze polskiego dziennikarstwa „głównego nurtu” zachowują się tak, jakby przyszli na świat wczoraj – nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni.
Kraj w stanie pośrednim Ukraińcy na Majdanie nie mieli złudzeń ani co do swojego prezydenta, ani co do prezydenta Rosji. Wolna Ukraina oznaczała dla nich Ukrainę zorientowaną na Zachód. My jednak wiemy, że ów wolny świat bywa wolny w bardzo różnym stopniu. I że jest wolny tylko tak długo, jak długo podejmowane są wysiłki, by wolność tę utrzymać, poszerzyć i umocnić, by nie zmieniła się tylko w wolność obyczajowych ekscesów, i by nie zamarły wolności polityczne i obywatelskie – wolność słowa, wolność wyboru politycznej reprezentacji, wolność zgromadzeń, wolność badań naukowych i wolność uprawiania sztuki. Nasz kraj, mimo wszystkich osiągnięć, jest ciągle jeszcze w stanie pośrednim. Nie tylko byliśmy i ciągle jesteśmy członkiem NATO drugiej kategorii, ale także nasza wolność jest miernej jakości, krucha i nietrwała. W ostatnich latach nastąpił jej daleko idący regres. Choć z ukraińskiej perspektywy wygląda to może inaczej, Polska jest gdzieś między putinowską Rosją a krajami, w których wolność i zasady demokratyczne są rzeczywiście respektowane. Raczej bliżej Rosji niż Niemiec czy Wielkiej Brytanii. W Polsce także ogłoszono, że największej partii opozycyjnej nie można dopuścić do władzy, bo jest „antysystemowa”. W Polsce także przeciwników władzy usiłuje się nastygmatyzować jako „faszystów” i oczernić przed opinią światową. Rząd reklamami podtrzymuje finansowo „zaprzyjaźnione” media, które bez żenady zajmują się jego obroną i atakowaniem opozycji. Media „głównego nurtu” od dawna stały się częścią obozu rządzącego.
Putinowskim wzorem Putinowskim wzorem ogranicza się także rozwój mediów niezależnych, krytycznych wobec władzy. Oczywiście nie robi się tego wprost, ale takimi metodami jak na przykład ograniczanie możliwości dystrybucji gazet przez „zaprzyjaźnione firmy”, kierujące się naturalnie tylko względami czysto biznesowymi. Vide przypadek „Gazety Polskiej”. „Zaprzyjaźnione” instytuty wspierają finansowo tylko te dzieła sztuki i filmy, które nie podejmują tematów nielubianych przez władze. Dlatego film o Smoleńsku nie miał żadnych szans na dotację. Być może teraz, gdy Putin jest już zły, otworzą się nowe możliwości. Być może jakiś „zaprzyjaźniony” reżyser podejmie temat i pokaże, jak Tusk stanowczo i nieugięcie potraktował wówczas Putina, jak twardo bronił polskiej racji stanu. „Zaprzyjaźnione” uniwersytety nadają stopnie naukowe naukowcom opisującym współczesną sytuację polityczną i społeczną zgodnie z obowiązującym kanonem. „Zaprzyjaźnieni” artyści gotowi są wspierać władzę swoimi dziełami, których odwaga polega na poniżaniu słabych, wyśmiewaniu narodowej tradycji i przymilaniu się rządzącym. Nie tylko więc Ukraina stoi przed wyborem przynależności do „wolnego świata” czy do świata postsowieckiego autorytaryzmu. My też ciągle musimy wybierać. Wolność narodu jest nieustającym plebiscytem. Niestety, w ostatnich latach wybieraliśmy tę drugą przynależność i w istocie społecznie i politycznie „demodernizowaliśmy się” – mimo kilometrów nowych autostrad. Coraz wyraźniej widać, że premier Tusk i jego współpracownicy postanowili wykorzystać ukraińską walkę o wolność, by jeszcze wzmocnić tę tendencję, by utrwalić swoją kontrolę nad społeczeństwem, by nie zdarzył się polski Majdan, by Polacy nie przypomnieli sobie, kim byli i co robili, z kim się ściskali, kto był ich sojusznikiem w walce z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Z kim byli „zaprzyjaźnieni”. I dlatego jeszcze mocniej zwalczać będą wolną prasę i wolne media.

|