Prawda wydobywana ze spisku
„Ujawniona prawda jest łatwa do zrozumienia, ale trudność polega na jej odkryciu”.
Senator Joe McCarthy przeszedł do historii jako czołowy propagator teorii spiskowych, bo demaskował przypadki infiltracji amerykańskiego rządu przez komunistyczną agenturę
Historia w większym stopniu jest rezultatem chaosu niż spisku – stwierdził kiedyś profesor Zbigniew Brzeziński. Doradca prezydenta gardzi słowem „spisek”. Być może dlatego, iż sam mógł paść jego ofiarą.
Odpowiadał niegdyś za misję uwolnienia amerykańskich jeńców w Teheranie. Nie mógł nawet sobie wyobrazić faktu, iż ktoś był w stanie wydać rozkaz, by komandosi strzelali do wroga wyłącznie w nogi. Ale o tym oficjalna historia milczy. Podobnie jak o deklaracji prezydenta Johna F. Kennedy’ego, który 10 dni przed zamachem na swoje życie, w czasie przemówienia w Columbia University, miał powiedzieć o „spisku [jaki został przygotowany przy wykorzystaniu urzędu prezydenckiego – T.P.] przeciwko swobodom Amerykanów”. Co mógł wówczas chcieć powiedzieć Kennedy?
Być może jedynie parafrazował spostrzeżenie swojego poprzednika, prezydenta Franklina D. Roosevelta, iż „w polityce nic nie dzieje się przez przypadek”. Bo jeśli się coś dzieje, twierdził, to „można się założyć, że tak zostało zaplanowane”. Historia, a zwłaszcza dokumenty tzw. Venony, są tego potwierdzeniem.
Venona odkrywa karty Venona to transkrypcja korespondencji sowieckiej Ambasady w Waszyngtonie z centralą w Moskwie od 1943 do 1945 r. przechwyconej przez SIGINT (wydział ds. dekryptażu w wywiadzie USA). Z tych dokumentów wynika na przykład, że Rosjanie sprowokowali Roosevelta do wypowiedzenia wojny Japonii. A także, że zwerbowali jego najbliższego doradcę Harry’ego Dextera White’a. Dokumenty stamtąd potwierdzają także, iż, oskarżany przez lewicę i część prawicy o konfabulacje, Senator Joe McCarthy był zbyt konserwatywny. Przed senacką Komisją ds. Nieamerykańskiej Działalności, której przewodniczył, postawił tylko kilkunastu spośród kilkudziesięciu podejrzanych o współpracę ze Związkiem Sowieckim. Jednym z nich był Salomon Adler, który w czasie II wojny światowej był urzędnikiem Departamentu Handlu w Chinach. Dziś z dokumentów Venony wiemy, że Adler działał pod pseudonimem SACHS. Informował komunistów o sytuacji państwa chińskiego. Innym podejrzanym był Celdric Belfrage. Pracował dla brytyjskiego koordynatora ds. bezpieczeństwa Nowym Jorku – słynnego szefa szpiegów sir Williama Stephensona. Obaj dążyli do utworzenia tajnego Amerykańskiego biura studiów strategicznych (American Office of Strategic Studies). Belfrage miał nieograniczony dostęp do objętych klauzulą „supertajne” dokumentów brytyjskiego i amerykańskiego wywiadu. Przed Komisją McCarthy’ego odmówił odpowiedzi na pytanie, czy jest członkiem partii komunistycznej. Belfrage’a zmuszono do opuszczenia USA i powrotu do Wielkiej Brytanii. Z ujawnionych dokumentów wiemy, że Belfrage był kontaktem KGB o pseudonimie UCN/9, który nadawał raporty do Moskwy z biura Stephensona. Między innymi o planach aliantów dotyczących operacji na Bałkanach pod koniec II wojny światowej. Sprawą tą interesował się Stalin. Belfrage przekazał też cenne informacje sowieckiemu agentowi Jacobowi Golosowi. Również z dokumentów Venony wiemy, że amerykański prawnik, który miał znaczący wpływ na kształt dokumentów założycielskich Organizacji Narodów Zjednoczonych, to sowiecki szpieg. Alger Hiss był szefem biura ds. specjalnych kwestii politycznych w Departamencie Stanu, który w 1950 r. został skazany za krzywoprzysięstwo. Jak potwierdza część amerykańskich ekspertów i historyków, wśród nich Herbert Romerstein czy Harvey Klehr, Hiss szpiegował dla Moskwy. Przewodniczący senackiej Komisji ds. Nieamerykańskiej Działalności zdemaskował tylko najbardziej oczywiste przypadki infiltracji amerykańskiego rządu przez komunistyczną agenturę. Resztę informacji przekazał FBI. A przeszedł do historii jako nie tylko „chory z nienawiści”, „szaleniec”, „wichrzyciel”, lecz także czołowy propagator „spiskowych teorii”. W mediach głównego nurtu był przedstawiany jako alkoholik polujący na czarownice. Senator McCarthy został zniesławiony i odrzucony nawet przez tych, którzy twierdzili, iż podobnie jak on dążą do prawdy. Oni jednak – jak to wynika z ówczesnych opinii nie tylko w dziennikach lewicy, jak „New York Times”, „Washington Post”, lecz także w konserwatywnym „Human Events” – brzydzili się „grzebaniem w życiorysach”, „łamaniem karier” czy „poszukiwaniem drugiego dna”. Jednak przypadek Joego McCarthy’ego potwierdził raz jeszcze uwagę Galileusza: „Ujawniona prawda jest łatwa do zrozumienia, ale trudność polega na jej odkryciu”. Prawda napisana, prawda odkrywana – To kontrolerzy lotniska nie chcieli, by ten samolot lądował? To dlaczego on lądował? Jaka jest prawda? – pyta niemal rozpaczliwie w filmie „10.04.10” reżyserka i dziennikarka Anita Gargas jednego z pracowników lotniska w Smoleńsku. „Prawda jest napisana” – rzuca Anatolij Murawiow wyraźnie przestraszony, uciekający przed kamerą i dociekliwymi pytaniami. I tu pojawia się prawdziwy dylemat: prawda napisana, gdzieś ustalona czy ta mozolnie odkrywana, wbrew niechęci władz, mediów, świadków? – O zamachu można mówić tylko wtedy, gdy istnieje 100-procentowa pewność, bo… Putin może mieć dowody, iż to była katastrofa – ostrzega szacowny publicysta, jakby nagle przestraszył się takiej konkluzji. Po katastrofie rządowego samolotu w Smoleńsku w kwietniu 2010 r. rozmawiałem z byłymi oficerami rosyjskich służb specjalnych, a także politykami średnich szczebli. Nikt z nich nie zgodził się, bym, pisząc na ten temat, podawał jego nazwisko. Postanowiłem jednak przytoczyć kilka najważniejszych, moim zdaniem, wypowiedzi z naszych rozmów. Coś więcej niż katastrofa Czerwiec 2010. „Katastrofa?” – wita mnie były wysoki oficer służb sowieckich, wskazując na wydrukowany ode mnie e-mail. Bo w rubryce „temat” wpisałem właśnie to słowo. „Pan w to wierzy? Czy jakiś Polak może w to uwierzyć po tych wszystkich doświadczeniach ze Związkiem Sowieckim?” – pyta, nie ukrywając zdziwienia. Wyjaśniam, iż nie ma innych dowodów. Zatem nie można twierdzić inaczej. Potem milknę. „Pan sądzi, że rosyjska administracja zignorowała fakt, iż w jej przestrzeń powietrzną, na jej terytorium wleciał samolot z głową państwa należącego do NATO na pokładzie i dowódcami wojskowymi oraz resztą dostojnej delegacji?”. „Gdy samolot NATO znajduje się nad Rosją, śledzą go radary, meldunki otrzymują też samoloty rekonesansowe, które nieprzerwanie znajdują się w miejscach newralgicznych” – mówi, kreśląc na serwetce wykres. Nie jestem ani zdziwiony, ani sceptyczny. Nie potrafię ukryć przerażenia. Były oficer przekonuje mnie, że to zdarzenie to coś więcej niż katastrofa. Jeszcze w latach 80. nadzorował m.in. „polityką informacyjną” po zestrzeleniu pasażerskiego samolotu koreańskich linii lotniczych KAL we wrześniu 1983 r. Sprowadzała się ona do powtarzania trzech kłamstw: to był lot szpiegowski, pilot nie reagował na ostrzeżenia i samolot wleciał w sowiecką przestrzeń powietrzną. Jednak prezydent Ronald Reagan twardo oskarżał Sowietów o barbarzyństwo. Wówczas wysocy oficerowie „tłumaczyli” zdarzenie za pomocą pokrętnych wykresów. Kłamstwo wyszło na jaw po 1992 r. Samolot koreański był poza sowieckim terytorium, gdy Sowieci go zestrzelili. „Cel był tylko jeden: zastraszyć społeczność międzynarodową” – dodał mój rozmówca. Ta historia nie była dla mnie nowa. Zapoznałem się z nią dokładnie, przygotowując książkę. I także przy tamtej okazji rozmawialiśmy niejednokrotnie. „Polska jest celem Moskwy” „Polska stała się wrogiem Federacji Rosyjskiej tego samego dnia, gdy weszła do NATO – to powinien być elementarz polityczny dla Polaków” – mówi były oficer. „A poprawne stosunki? Kreml ich nie chce?” – pytam. Odpowiada, że Polacy „zarazili się naiwnością Zachodu co do Rosji po wejściu do struktur europejskich”. A media zachodnie – i zakłada, że i polskie – „nie informują rzetelnie o Rosji”. Na nią zaś trzeba patrzeć przez pryzmat: militaryzmu („nieustannych przygotowań do wojny”) i kolonializmu („chęć odzyskania utraconych wpływów po upadku Związku Sowieckiego”). „Polska jest zbyt naiwna w stosunkach z Rosją” – powtarza. „Co się stało po zakończeniu zimnej wojny?” – pytam nieustępliwie. „Kto powiedział, że zimna wojna się kiedykolwiek skończyła? Ona raczej się zmutowała jak wirus” - mówi wprost. I dodaje, że sowiecka doktryna wojskowa definiowała „potencjalnego głównego wroga: USA, NATO i Chiny”. Natomiast w doktrynie współczesnej Rosji, „i chcę tu podkreślić, zwłaszcza w doktrynie współczesnego rosyjskiego wywiadu”, USA, NATO i Chiny stanowią „główny cel”. „Przecież »potencjalny wróg« brzmi znacznie łagodniej od »głównego wroga«. Nieprawdaż? ” – kończy, odstawiając filiżankę. Naszą rozmowę na chwilę zakłóca syrena radiowozu policyjnego, który przemyka główną arterią. Tuż obok niej stoi nasz kawiarniany stolik. Przez chwilę wbijam swój wzrok w zieleń drzewa osłaniającego budynek pamiętający prezydenta Washingtona. „Polska, podobnie jak wszystkie inne państwa NATO, jest celem Moskwy – niech Pan to powtórzy swoim rodakom. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to znaczy, że nie mówi prawdy” – dodaje. Rozmowa nasza jeszcze chwilę się toczy. Później taksówka zabiera mojego rozmówcę na lotnisko. „Głowa do góry. Poznacie prawdę, ale musicie być nieustępliwi. Tak jak ci, którzy nie przyjmowali do wiadomości kłamstw o koreańskim samolocie. I nie wierzcie nigdy słowom urzędników z Kremla. Zawsze wszystko sprawdzajcie” – dodaje na pożegnanie. „Wszystko jest możliwe” Luty 2012. Rozmawiamy przez telefon. Były pułkownik sowieckiego wywiadu wojskowego nie ufa komunikatorom internetowym. „W Rosji nie ma nieużywanych lotnisk wojskowych. Są tylko zamaskowane. Przygotowane do wojny” – zaznacza, gdy mówię, że lotnisko już od dłuższego czasu nie było używane. I dodaję, że gdy prezydent Kwaśniewski zdecydował się tam lądować, to Polska sfinansowała renowację. „Pan też uważa, że to Kreml?” – pytam. „Nie, tego nie powiedziałem. Po 1990 r. nikt nie panuje nad tym, co się dzieje w Rosji. Nawet Kreml” – podkreśla rozmówca. I kieruje naszą rozmowę na inny temat.Kilka miesięcy później wracam do notatek z moich rozmów, słuchając profesora Brzezińskiego: „Rosji zależy na tym, żeby ta sprawa dzieliła w dalszym ciągu Polaków”. Dodając groźnie: „I są, niestety, osoby na scenie politycznej, które świadomie albo może podświadomie, bo są chore, dzielą społeczność, podważają wiarygodność państwa, rządu, sprawiedliwości, I to jest wstrętne”. W słowach profesora można nawet usłyszeć misternie zawoalowaną groźbę. Dlaczego profesor odmawia Polakom prawa dochodzenia do prawdy? Nawet jeśli mieliby się mylić? Czy profesor naprawdę wierzy w raport rosyjski, który jest pełen sprzeczności, jak wykazali eksperci? Klasyczne twierdzenie niewolnika Jednak w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszka profesor Brzeziński, odnotowuje się powszechny brak zaufania do rządu, prezydenta – Amerykanie mają prawo do wolnego słowa. Tysiące niezależnych tropią przeszłość prezydenta Baracka Obamy – nazywanego w kręgach konserwatystów „politykiem bez przeszłości”. Bo, ich zdaniem, oficjalna biografia Obamy jest co najmniej niespójna. Weźmy na przykład jego numer ubezpieczenia społecznego. Okazuje się, jak stwierdził w 2012 r. niezależny śledczy, że w dokumentach tych widnieje alias (a nie nazwisko). A z zapisu katalogowego wynika, że jego numer posiada też osoba ze stanu Connecticut. Jak mówi niezależny detektyw, dom, w którym mieszkał Obama, ma pięć numerów identyfikacyjnych, tzw. PIN (jak twierdzi ów śledczy – nieruchomość powinna mieć tylko jeden). A ów dom, jak dodaje, jest zarejestrowany na nazwisko księgowej Obamy. Anomalii jest więcej – ciągnie detektyw. Bo jego księgowa przekazała też fundusze na kampanię młodego senatora. W lipcu 2012 r. ów śledczy złożył w tej sprawie pozew do sądu przeciwko prezydentowi USA. Na próżno szukać informacji o tym w mediach głównego nurtu. Konstatacja Aleksieja Trofimowa, iż „prawda jest napisana”, jest głębokim twierdzeniem filozoficznym. Prawdy nie mają prawa szukać obywatele. Prawdę posiada państwo – zdaje się twierdzić także profesor Brzeziński. To klasyczne twierdzenie niewolnika, którego pan wie lepiej. Bo wolność, w odróżnieniu od zniewolenia, to prawo dążenia do prawdy. To prawo do wyrażania swoich myśli. To prawo do mozolnego testowania faktów, które przed odkryciem prawdy pogardliwie nazywane są „teorią spiskową”.
|