iko-biedaiko-puchalaiko-pazdaniko-Boleslaw Zabaiko-kswieslawpiotrowski

Start Aktualności Aktualności O małej i dużej polityce oraz miejscu w szeregu na politycznym rynku
O małej i dużej polityce oraz miejscu w szeregu na politycznym rynku Drukuj Email

Jeżeli się zdradza lokalną społeczność  na rzecz ulicy Wiejskiej w Warszawie, to ludzie to dość długo pamiętają.


Rozmowa z wójtem Gminy Limanowa – Władysławem Pazdanem

 

Kurier: Jakie uprawnienia ma wójt w takiej gminie jak Limanowa?

Władysław Pazdan: Powiedziałbym nieskromnie, że większe niż burmistrz. Ja zarządzam gminą 24,5 tys. mieszkańców, a burmistrz miastem 15 tysięcznym. W gminie Limanowa są 23 sołectwa i 21 wsi. Samorząd wiejski ma inną specyfikę niż samorząd miasta. Oczywiście dużym wskaźnikiem jest liczba mieszkańców danego samorządu.  Natomiast warto podkreślić, że tak obszary wiejskie, jak i miasto  mają inną specyfikę. Powiedziałbym, że burmistrz jest odbierany jako ten, który stoi wyżej niż wójt.

K: W taki sposób jest to odbierane?

W.P.: Myślę, że tak. Ale to nie jest do końca prawda, chociaż ja znam swoje miejsce w szyku na limanowskim rynku.

K: A jakie to jest miejsce?

 

W.P.:  Trzeci z kolei. Najpierw jest starosta, potem burmistrz, a następnie wójt.

K: Jak wygląda współpraca między starostą, burmistrzem i wójtem?

W.P: Ona musi występować. Jesteśmy skazani na sąsiedztwo. Nie mówię teraz o powiecie, bo powiatu jeszcze nie było, a my już byliśmy. Mamy dłuższy staż w samorządzie niż starości, bo władze powiatu powstały później.  W  ustawie o samorządzie są określone kompetencje wszystkich gmin w Polsce – niezależnie czy wiejskich, czy miejskich. Zaczynając od edukacji, pierwszą zasadniczą, wspólną kwestią są: przedszkola, szkoły podstawowe i gimnazja – to leży w kompetencjach gminy i dlatego w tym obszarze działają i burmistrz miasta i wójt.

K: Czy można powiedzieć, że miasto i gmina Limanowa mają spójną wizję dotyczącą kluczowych kwestii?

W.P.: Byliśmy kiedyś jednym organizmem „miasto-gminą”. Pamiętam te czasy. I byłem też naocznym świadkiem rozdzielenia miasta od gminy. To nie musiało tak wyglądać, ale nastąpiło w euforii demokracji  lat 90-tych. W tym parytecie miasto-gmina, z taką liczbą mieszkańców, automatycznie większa część Rady pochodziła z obszarów wiejskich. Można powiedzieć, że wieś rządziła miastem, co bardzo mierziło przedstawicieli ówczesnych władz miejskich. Wtedy mieliśmy proporcję 17 do 11. Było 28 radnych - 17 z obszarów wiejskich i 11 z miasta.  Póki co, nikt nie wymyślił w demokratycznym państwie lepszego miernika jak głosowanie większościowe.

K: Czyli inicjatywa podziału wyszła od ówczesnych władz miasta?

W.P.: Tak. Inicjatywa w tym przypadku nie wyszła od gminy. Miasto chciało się wyzwolić na niepodległość od obszarów wiejskich. My swoim zasięgiem obejmujemy teren 152 km2. Otaczamy dookoła miasto Limanowa – miasto najbliższe mojemu sercu.

K: jak Pan ocenia te zmiany z perspektywy czasu?

W.P.: Podział dał ogromną korzyść obszarom wiejskim. Pieniądze w układzie miasto - gmina były dzielone w odwrotnej proporcji do liczby mieszkańców. To był podstawowy błąd tych, którzy doprowadzili do rozdziału. Mając cały kołacz, 70% pieniędzy przeznaczano na miasto, gdzie było mniej ludzi, a 30% na wieś, gdzie było ludzi dużo więcej. Miasto, mając jednak tą świadomość, stało na stanowisku, aby wprowadzić podział. A dzisiaj na obszarach wiejskich, również dzięki tej decyzji – nie naszej tylko ówczesnych przedstawicieli władz miasta, my mamy się dobrze. Jako gmina jesteśmy w województwie zdaje się trzecią siłą wiejską po Chełmcu i Tarnowie.

K: Czyli o takim podziale decydują obywatele?

W.P.: W pobliskiej Kamienicy ma miejsce taka sytuacja. Szczawa chce się oddzielić od Kamienicy i to już trwa około trzech lat. W obecnych czasach jest to o tyle trudne, że władze centralne mają tendencję do łączenia małych jednostek. A po dwudziestu latach demokracji pojawiają się dążenia odwrotne.  Rodzą  się pytania, jak się sfinansować, jak utrzymać administrację, urząd stanu cywilnego?

K: Gdy się kandyduje (a później pełni funkcję wójta)  jakie znaczenie mają poglądy polityczne i przynależności partyjne?

W.P.: Ja byłem tym skażony, ponieważ ordynacja wyborcza dotykała mnie politycznie bezpośrednio, właściwie nie tyle mnie co samą gminę Limanowa. Było to związane z przekroczeniem progu 20 tyś. mieszkańców, kiedy odbywają się już  wybory partyjne. Byłem jedynym w powiecie limanowskim, który ćwiczył już od lat takie rozwiązanie. Wszystkie pozostałe gminy powiatu –  jest ich 12 –  miały wybory jednomandatowe, nie zaś wybory proporcjonalne. Teraz się to zmieniło, bo jest nowa ustawa, która podniosła próg do 50 tysięcy. Będziemy przeprowadzali identyczne wybory jak wszystkie pozostałe gminy. Ten proces się już zaczął. Podjęliśmy uchwalę dzieląca gminę na jednomandatowe okręgi wyborcze.

K: Z jakiej partii Pan startował na stanowisko wójta?

W.P.: To był lokalny komitet „Samorządowe Przymierze Razem”, choć nie ukrywam, że mam przeszłość Polskiego Stronnictwa Ludowego, którego się nie wstydzę i go nie ukrywam.

K: PSL przegrał w wyborach na tym terenie.

W.P.: PSL przegrywa teraz w kraju. Paniska się zasiedzieli.

K:  A teraz do kogo Panu bliżej?

W.P.: Mnie? Ja jestem w tym wieku, że mi jednakowo daleko do wszystkich. Ja jestem w PSL od 1976 r. My jesteśmy taką dużą gminą, że mamy ambicje mieć posła i mamy posła, bez względu na to, czy on jest z opozycji czy z koalicji. Oczywiście ten poseł z opozycji jest mniej przydatny z oczywistych zresztą powodów politycznych, natomiast jako gmina mamy ambicje i siłę żeby mieć posła.

K: To dobrze świadczy o  Limanowszczyźnie. Podhale przegrało właściwie w walce o mandaty poselskie na rzecz Nowego Sącza. To dość dziwne, że górale nie potrafili się zjednoczyć.

W.P.: U nas nie było takiego problemu. Nauczyliśmy się, że zawsze musimy walczyć. Jesteśmy trochę takimi kopciuszkami politycznymi jak przyjdą szranki wyborcze (w stosunku do 80-tysięcznego Nowego Sącza).  Natomiast jeśli umiemy się  porozumieć ponadpartyjnie z liderami, to jesteśmy w stanie wywalczyć „swoje”. Zawsze lepiej mieć posła „z własnego podwórka” – nawet opozycyjnego – niż żadnego. Taka osoba będzie działała w ramach lokalnego interesu i  będzie pro regionalna.

K: Lepiej jest zostać posłem czy wójtem?

W.P.: Muszę przyznać, że jest to bardzo subiektywna ocena i każdy odpowie inaczej na to pytanie. Ja się na przykład dziwiłem mojemu starszemu koledze – Marianowi Cyconiowi – że zdecydował się być posłem. Powiedziałem mu wprost, że dziwi mnie jego zachowanie. Cotygodniowe wyjazdy do Warszawy są uciążliwe, choćby nawet pod względem zdrowotnym. Poza tym trzeba mieć pokorę do swoich ludzi, do społeczeństwa. Jeżeli się zdradza lokalną społeczność  na rzecz ulicy Wiejskiej w Warszawie, to ludzie to dość długo pamiętają. Uważam jednak, że jesteśmy wybrani przez społeczeństwo do pełnienia konkretnych funkcji i realizowania określonych celów. Nieprzypadkowo trafiłem na stanowisko wójta. Odkąd pamiętam, zawsze byłem związany z obszarami wiejskimi i utożsamiam się z nimi. Bronię ich od początku i w każdym calu na niwie tej demokracji.

K: Ale ulica Wiejska ma swoją siłę i liderzy polityczni wymuszają na posłach pewne stanowiska.

W.P.: Nie znam dokładnie tematu. Niektórzy podnoszą kwestie związane z konfliktem na Sądecczyźnie między Solidarną Polska a  Platformą Obywatelską. Solidarna Polska oskarża Platformę m.in. o to, że nie dba o interesy Nowosądecczyzny, o inwestycje. Natomiast poseł Czerwiński absolutnie się z tym nie zgadza. Mówi, że podjęte przez nich rozwiązania były jedynymi słusznymi.

K: Co Pan o tym sądzi?

W.P.: To  jest trudny temat. Wierzę w to, że wszyscy posłowie z Małopolski, nie wyszczególniając subregionu nowosądeckiego, do którego mam swój stosunek z dystansem, powinni dbać o tę ziemię. Trudno moralizować któregokolwiek z posłów, bo oni zapewne starają się pomagać, na ile to jest możliwe. Jakie jednak ma to przełożenie na konkretne inwestycje, to już jest osobna sprawa. Teraz  mamy  w koalicji rządzącej posła Czerwińskiego, posła Cyconia, więc Nowy Sącz i rejon sądecki mają się dobrze. My w Limanowej mamy się trochę gorzej, ale dajemy radę. Zobaczymy co pokaże przyszłość.

K: PiS zdobyłby niesamowitą ilość głosów, gdyby nie było rozłamu to byście mieli potężną opozycję.

W.P.: To jeszcze nie jest dość mocno widoczne na naszym terenie. Mam na myśli konkretne proporcje. Przećwiczymy to dopiero jak przeprowadzimy wybory ogólnopolskie. Najbliższe będą do Europarlamentu  i zobaczymy jak się wtedy podzieli elektorat PIS-u  na naszym terenie. Ostatnie wybory przyniosły tej partii definitywne  zwycięstwo. W  obecnej chwili nie jestem w stanie powiedzieć kto będzie liderem Solidarnej Polski  i PIS-u na Limanowszczyźnie.

K: Był okres, kiedy pojawiały się głosy, że  Ruch Palikota to „partia-córka” Platformy, lansowana  przez pewne środowiska. PO nie mogłaby głosić pewnych treści, jakie głosił Palikot, bo utraciłaby elektorat. Z kolei  Palikot przyciągnął bardzo skutecznie inną grupę wyborców. A gdyby zastosować  taką analogię w działaniu do  Prawa i Sprawiedliwości oraz Solidarnej Polski? I wtedy tworzy się nowe ugrupowanie z młodych ludzi – „partia-córka”. To też byłby ciekawy ruch w sensie marketingu politycznego.

W.P.: Ja, PSL-owiec z krwi i kości skomentowałbym to tak: wyeksploatował się nasz Pawlak. Przez 20 lat jest w polityce czynnej, dwukrotnie został wicepremierem itd., ale wybory prezydenckie pokazały jak mało liczy się na scenie politycznej, bo w poprzednim rozdaniu miał ponad 4 %, a w niedawnych wyborach prezydenckich  ok. 1,5 albo 1,7%. Więc jak jesteśmy sprawiedliwi ponadpartyjnie, to powiedziałbym, że Kaczyński też już ma schyłek. Podkreślam jednak, że to jest moje zdanie. O sprawiedliwość w polityce jest bardzo trudno, choć nazwa jest piękna.

K: To co Pan mówi o PSL- tak mały elektorat - to faktycznie dziwi. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Samoobrona zeszła z rynku, to PSL się nie postarał o to żeby ten rynek przejąć.

W.P.: Tu na naszym terenie nie ma Ruchu Palikota. Jest natomiast elektorat PIS-owski, co nie znaczy prawicowy, bardziej narodowo-chrześcijański. Ale to jest mój pogląd własny. Wracając do dużej polityki, makroregionu Warszawy, Krakowa, Małopolski, to my tutaj również per saldo tracimy na tym, że głosujemy inaczej niż reszta kraju. I to w kolejnych wyborach ogólnopolskich, czy to prezydenckich, do Europarlamentu i do naszego sejmu.

K: Ale jak to się przekłada potem ekonomicznie na inwestycje?

W.P.: Później mamy również pewien obszar w sytuacjach strategicznych dla Małopolski, ale to są inwestycje państwowe.  Od czasów demokracji zawsze staliśmy na innym stanowisku niż reszta kraju. Nie tylko my - Małopolska, ale również 5 województw wschodnich.

K: Byłem zdziwiony, bo nie znam wyników na Limanowszczyźnie, ale np. w Szczawnicy Ruch Palikota zajął 3 miejsce.

W.P.: U nas tak nie było. Kiedyś w związku z pojawieniem się Samoobrony też była taka eksplozja. Wracając do Palikota, uważam, że w tym jego elektoracie było dużo młodzieży, to nie był starsi ludzie. To byli młodzi ludzie, którzy posługują się Internetem, którzy wiedzą więcej, mają kontakt ze światem. Sądziłem, że ta tendencja będzie wzrastać.  To się zahamowało i trochę nawet  spadło.

K: Palikot potem też popełnił błędy…

W.P.: Oczywiście, jak każdy polityk zresztą. Poza tym na samym antyklerykalizmie też nie można polegać zbyt długo, zwłaszcza w naszym państwie. Natomiast niezadowolenie było widoczne.

K: Nie uważa Pan, że niepotrzebna była walka z samym symbolem krzyża?

W.P.: To jest właśnie powód spadku.

K: Jeżeli Palikot postulował aby księża mieli taką samą odpowiedzialność prawną, moralną, karną, jak każdy inny obywatel, to miałby więcej poparcia.

W.P.: Mimo wszystko odgraża się w kolejnych wyborach. Na naszym terenie nie miał takiego poparcia jak np. w Szczawnicy, o której była mowa. To nie była trzecia siła. Z tego co pamiętam SLD zajęło to miejsce, a dopiero za nim plasował się Ruch Palikota. Nie ma tutaj w gminie Limanowa osoby, którą utożsamiałbym z Ruchem Palikota.

K: W Szczawnicy również ta partia nie ma żadnego przedstawiciela, chociaż  głosowanie pokazało silne poparcie dla Ruchu Palikota.

W.P.: Myślę, że ludzie z obszarów wiejskich nie mieli politycznej odwagi. W Limanowej, na Sądecczyźnie nie ma takich uwarunkowań jak w anonimowych aglomeracjach typu Kraków czy Warszawa. Tutaj można wszystko namierzyć.

K: A gdyby teraz miały nastąpić wybory, to jaki byłby stosunek głosów?

W.P.: Trudne pytanie. Powiedziałbym, że porównywalny: PSL – 5%, PO z PiS-em w okolicach 25 i 30 % i kto trzeci? Czy byłby to  Palikot? Nie wiem.

K: Dziękuję za rozmowę

Foto źródło: Kraków gazeta.pl