
| Wodociąg w Szczawnicy to „bubel”, „szajs” za 9 milionów złotych |
|
|
|
W Szczawnicy mamy taki problem, że włodarze chcą sprawować władzę nad ludźmi, a nie ich reprezentować. Bezczelność, tupet i buta burmistrza - to jest żenujące i wstyd na całą okolicę. Wywiad z Zenonem Kasprzakiem wieloletnim dyrektorem Miejskiego Zakładu Gospodarki Komunalnej.
K: Jak Pan ocenia ostatnie 4 lata rządów obecnego burmistrza Grzegorza Niezgody? Zenon Kasprzak: Na pewno powstaje dużo nowych inwestycji w gminie. Trzeba jednak powiedzieć wprost, że nie tylko w tej gminie się buduje, bo przecież we wszystkich. Dla regionów są przeznaczane duże środki unijne, które gminy muszą wykorzystać, a władze wojewódzkie naciskają na to, aby pieniądze były zużytkowane. To nie jest tak, że tutaj mamy do czynienia z jakimiś spektakularnymi sukcesami tej władzy, która pozyskała środki z UE, chociaż propagandowo to jest właśnie tak przez nich przedstawiane. W Szczawnicy mamy do czynienia z innym problemem – środki unijne nie są wykorzystywane racjonalnie, za te same pieniądze można zrobić dużo więcej, a jak nie więcej, to na pewno znacznie, ale to znacznie lepiej. Skutki inwestowania ponad realne możliwości są coraz bardziej widoczne, a najbardziej odzwierciedla je obecny poziom zadłużenia gminy. K: Ma Pan na myśli uchybienia podczas budowy wodociągów? ZK: Tak, o wodociągach przede wszystkim chcę powiedzieć, bo został miastu zafundowany bubel. Niezrozumiałą rzeczą jest dla mnie, że skoro wodociąg na pewnych odcinkach jest źle wybudowany, to dlaczego burmistrz nie zażądał od wykonawcy w okresie gwarancyjnym poprawy tej inwestycji? Dlaczego te obowiązki spadły na operatora sieci wodociągowej tj. na Miejski Zakład Gospodarki Komunalnej, który naprawia te wszystkie niedoróbki przy występujących często awariach i to idzie w koszty odbiorców wody, czyli mieszkańców? K: Co może być przyczyną, że burmistrz nie żąda od wykonawcy poprawy tej inwestycji? ZK: Tutaj można się tylko domyślać czym kieruje się burmistrz. Byłoby o wiele mniej problemów, gdyby władze bardziej pilnowały inwestycji w trakcie ich realizacji. Nie ma właściwego nadzoru ze strony miasta; prace wykonywane są niedbale, potem wykonawca znika, a problem zostaje. K: Ale przecież jest nadzór budowlany, który powinien tego pilnować? ZK: Oczywiście że jest, przy tych nieszczęsnych inwestycjach wodociągowych też był. Sprawował go inżynier Smajdor jako inżynier kontraktu, ale co z tego, skoro w niektórych miejscach posadowiono wodociąg na głębokości 80 cm a były przypadki, że i płycej. Sporządzone są notatki służbowe, które powstały podczas odkopywania wodociągu, po tym jak pewne odcinki w 2012 r. zamarzły. Znajdują się one zapewne w Urzędzie Miasta. Jednak wówczas żadnej reakcji i uwag ze strony miasta nie było. Zresztą w trakcie wykonywania prac dało się zauważyć, że ten rurociąg, leżący w wykopie, nie był obsypywany piaskiem i nie był wkopany na odpowiedniej głębokości. Inżynier kontraktu nie mógł tego nie zauważać, a podpisując odbiory kolejnych odcinków z pełną świadomością akceptował fuszerkę. Przy każdej srogiej zimie i małych opadach śniegu będziemy mieli do czynienia z zamarzaniem. Do tej pory mieliśmy już kilkanaście miejsc zamarzniętych i było to naprawiane, ale już przez szczawnickiego przedsiębiorcę, który prawdopodobnie do dziś nie został rozliczony. K: Budując wodociąg, w niektórych miejscach na głębokości 80 cm zamiast na 140 cm zapewne dużo udało się zaoszczędzić? ZK: Oczywiście kosztorys przewidywał zupełnie inną głębokość posadowienia, a dokładnie 170 cm. Był przedmiar i były wyliczone wszystkie metry sześcienne: jaki wykop miał być szeroki i jaki głęboki. Pomijam fakt, że duża ilość wykopanej ziemi miała być wywożona, a nie była. Ale weźmy pod uwagę tylko sam piasek do podsypki i obsypki wodociągu - to był rząd około 12 tys. metrów sześciennych piasku, którego tam praktycznie nie było. K: Mam rozumieć, że wodociąg obsypywano tą ziemią, którą wykopywano? ZK: Tak to praktycznie wyglądało. Tego piasku były śladowe ilości, a na niektórych odcinkach nie było go w ogóle. Mieszkańcy widzieli to na własne oczy, niektórzy łapali się za głowę, jak takie wykopane duże skały można kłaść na ten wodociąg. Zwracali uwagę budowlańcom, że może dojść do uszkodzenia wodociągu, a ci utrzymywali, że nic się nie stanie. To wszystko jest do sprawdzenia, wystarczy odkopać wodociąg i sprawdzić czy jest piasek czy go nie ma. K: Czy te uchybienia budowlane były powodem, że zrezygnował Pan z funkcji dyrektora zakładu komunalnego? ZK: Tak, było to jednym z powodów. Nie mogłem brać na siebie odpowiedzialności za błędne, ale świadome decyzje władz miasta. Przecież wodociąg oprócz tego, że został zrobiony wadliwie i jeszcze wiosną 2012 roku był niedokończony, to okazało się, że został odebrany już 2 września 2011 roku. Tymczasem roboty budowlane na Osiedlu XX-lecia i Połoniny wykonawca rozpoczął dopiero z końcem września. Zresztą mieszkańcy Osiedla Połoniny na pewno pamiętają, kiedy drastycznie wzrosło im ciśnienie i mieli wycieki wody w mieszkaniach. Miało to miejsce właśnie w trakcie wykonywania tych prac. Na Osiedlu XX-lecia prace trwały jeszcze wiosną – przykładem moż być sklep „Sezam”, który był przepinany do nowej sieci po Świętach Wielkanocnych 2012 roku. Powiem panu jeszcze taką ciekawostkę: w dniu odbioru wodociągu została powołana przez miasto zupełnie inna komisja niż ta, która widnieje na protokole końcowym na dzisiaj. K: Czyli na protokole widnieją inne osoby niż były przy odbiorze? ZK: Komisja, która miała to odebrać składała się z wykonawcy, inspektora nadzoru, z ramienia miasta był wiceburmistrz pan inspektor Pałka i ja jako użytkownik tej sieci reprezentujący MZGK. Ta komisja, z wykonawcami i podwykonawcami, zebrała się w dniu 2 września w siedzibie urzędu. Stwierdziliśmy jednak, że nie możemy tego odbioru dokonać, bo prace są przecież nieskończone. Do zrobienia było całe Osiedle XX-lecia i Połoniny. Ale pan Smajdor stwierdził, że oni to w krótkim czasie skończą, nie dłużej niż 2 tygodnie i nalegali, żeby przyjąć fakturę końcową i ten protokół. Więc my podjęliśmy decyzję, że w tej samej kwestii spotkamy się za 2 tygodnie. Ale gdy zbliżał się termin nikt o tym spotkaniu nie wspominał – spotkania nie było. Był za to, w październiku, o czym już wspominałem wcześniej, szumny odbiór stacji uzdatnienia i ujęć wody, ale tematu sieci wodociągowej na terenie miasta nie poruszono. Po czasie okazało się, że odbiór został jednak zrobiony, pieniądze wypłacone, a skład komisji zmieniony. W komisji nie było wiceburmistrza Moskalika, inspektora Pałki oraz mnie, a miasto reprezentował jedynie burmistrz Grzegorz Niezgoda. Dowiedziałem się o tym po czasie. Ten protokół dotarł do mnie, ale dopiero po kilku miesiącach. Widniało na nim również moje nazwisko, jako osoby biorącej współudział w odbiorze. A przecież mojego współudziału przy tym odbiorze nie było - ja się nie zgodziłem na odbiór, bo prace były nieskończone. Zresztą nie ma tam mojego podpisu, bo być nie może. K: Powiem Panu szczerze, że nasi włodarze są bardzo odważni, skoro podpisują protokół odbioru, a dalej prowadzą prace budowlane. Przecież na placu budowy może się wszystko wydarzyć, nawet dojść do wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Ciekawe jak udałoby się im zatuszować sprawę? ZK: Daliby sobie radę, bo podciągnęliby taki wypadek pod prace awaryjne, pod naprawę usterek. Ja bym tutaj odwagi nie widział, bardziej bezczelność, tupet i butę burmistrza. Dla przykładu: na posiedzeniu jednej z komisji, a było to bodajże 12 grudnia 2011 roku, w której uczestniczył burmistrz miasta, pan Józef Ciesielka zadał pytanie, do kiedy wykonawca wywiąże się z wykonania prac, bo święta idą, a końca roboty nie widać? Więc burmistrz mu odpowiedział, ze stoickim spokojem: mają czas do 15 grudnia. Wtedy jeden z uczestników komisji słusznie stwierdził, że zostały im praktycznie dwa dni pracy. Proszę wziąć pod uwagę, że burmistrz dwa dni przed 15 grudnia mówi, że mają czas do 15 grudnia wiedząc, że podpisał protokół zakończenia prac z datą 2 września, co skutkowało tym, że tej firmie wypłacił pieniądze. K: Aż się nie chce wierzyć. ZK: To było wbrew mojemu sumieniu, ja nie mogłem na to patrzeć, nie mogłem się na to godzić i praktycznie miałem tylko jedno wyjście – zrezygnować. Bo walczyć z tym układem nie było możliwości, nic bym nie wskórał, nie wygrałbym z tą całą machiną bezprawia - w papierach przecież wszystko się zgadzało. Inżynier kontraktu podpisał dokument stwierdzający, że prace są wykonane, a jeżeli on podpisuje to jest to święte. A ja wiem, będąc dyrektorem, że oddają mi dziadostwo i bubel – na tym nowym wodociągu jest więcej awarii niż na starym, a firma którą reprezentuję musi to naprawiać i wykonywać nie swoje zadania. Myślenie włodarzy jest takie, że pracownicy MZGK, mają robić i nie komentować. Są zastraszani, teraz wolą ze mną nie rozmawiać, bo będzie to źle odbierane przez przełożonych i mogą mieć z tego tytułu kłopoty. W XXI w., w kraju demokratycznym, żebyśmy takie problemy mieli, żeby ludzie bali się ze sobą rozmawiać? Pod tym względem to już za komuny było lepiej niż teraz w Szczawnicy. K: Ten wcześniejszy odbiór, to zapewne chodziło o dotacje? ZK: Tak, ale nie było takiej konieczności, aby robić to we wrześniu 2011 roku. Według mojej wiedzy miasto wystąpiło do Urzędu Marszałkowskiego o przedłużeniu tego terminu do 15 grudnia i taką zgodę otrzymało. Można więc było z tym poczekać do grudnia, a wtedy byłaby większa możliwość wyegzekwowania rzetelności wykonywanych prac. Pamiętam jak na jednym ze spotkań roboczych, wykonawca pan Klimek stwierdził, że podlegli mu pracownicy takimi działaniami podkładają pod niego bombę. I wtedy wykonawca stwierdził, że tam gdzie jest to zrobione źle należy dokonać poprawek. Ja to wtedy skomentowałem, że nie jest to możliwe, bo należałoby wymienić prawie cały wodociąg. A był to grudzień 2011 roku. K: To mnie Pan zaskoczył, bo ja myślałem, że uchybienia są winą wykonawcy, który chciał więcej zarobić poprzez płytsze położenie wodociągu. ZK: Wykonawca rzadko przyjeżdżał na budowy, więc nie miał nad pracami bezpośredniej kontroli. Dostawał jedynie informacje o postępach robót, a także o potrzebach sprzętowych i materiałowych od podległych pracowników. Natomiast nadzór nad prawidłowym prowadzeniem tych prac sprawował inżynier kontraktu pan Leszek Smajdor, który miał pełną świadomość jak ten wodociąg jest posadowiony. K: Ale przecież odpowiedzialność oprócz wykonawcy, ponosi także nadzór budowalny. ZK: Tak, nadzór budowlany ponosi odpowiedzialność i brał za to niemałe pieniądze od miasta, w imieniu którego ten nadzór sprawował. Jak wyglądał ten nadzór w tym przypadku, to może przytoczę wypowiedź burmistrza, która ukazała się w Tygodniku Podhalańskim nr 9/2012: „Mogę powiedzieć tylko tyle, że nie chciałbym mieć już więcej takiego inspektora. Zastanawialiśmy się nad skierowaniem tej sprawy do sądu, ale to byłaby dla nas ciężka sprawa.” A ja zastanawiałem się dla kogo niby ciężka sprawa? „Dla nas” – to znaczy dla kogo? K: A jak sobie radzi nowy dyrektor MZGK? Jak Pan ocenia jego pracę? ZK: Zostawiłem zakład w dobrej kondycji finansowej, ma więc o wiele łatwiejsze zadanie niż ja 9 lat temu, kiedy obejmowałem funkcję dyrektora. Sytuacja była wówczas tragiczna: wypłaty dla pracowników realizowano z trzymiesięcznym opóźnieniem, zaległości pojawiały się na każdym kroku, ZUS-y nieopłacone, świadczenia wobec pracowników też, energia nieuregulowana, paliwo do samochodów trzeba było kupować za własne pieniądze. Ale jakoś małymi krokami udało się wyprowadzić zakład na prostą. Wystarczyło pewne rzeczy uporządkować, właściwie skalkulować i rozszerzyć działalność, a przyniosło to efekt ekonomiczny. Z własnych środków zakupiliśmy 3 samochody dostawcze, 2 śmieciarki (duża i mała), polewaczkę, samochód asenizacyjny, 2 ciągniki, wagę samochodową na wysypisko. Nie sposób w tej chwili wyliczyć zakupów sprzętowych, których było sporo. W tej chwili zakład prosperuje dobrze, tylko chyba zbyt szybko staje się firmą „rodzinną”. K: Czyli można powiedzieć, że jest Pan odpowiednim kandydatem, człowiekiem na trudne czasy? Przed Szczawnicą chude lata, potrzebny będzie dobry gospodarz na kolejne, da się Pan skusić? ZK: No tak, ale jestem trochę starszy. Osobiście uważam, że w każdej firmie, zakładzie, urzędzie istotnym aspektem jest to, jacy ludzie tam pracują, bo człowiek jest najważniejszy. Trzeba mieć stabilną załogę; pracowników nauczonych ciężkiej pracy, którzy potrafią wykonywać swoje zadania w ekstremalnych warunkach. Moje zaangażowanie w pracę w zakładzie sięgało 24 godziny na dobę, byłem ciągle pod telefonem. Czy bym sobie poradził? Takie pytanie zadał mi poprzedni burmistrz, który proponował, abym został dyrektorem. Odpowiedziałem mu, że poradzić to sobie poradzę tylko czy chcę? Więcej mnie nie pytał tylko przyjechał z dokumentami i wręczył mi nominację. K: A w tym przypadku, gdyby wyraził Pan zgodę na kandydowanie, to mieszkańcy, przy najbliższych wyborach, mogą również zdecydować, że to Panu powierzają funkcję burmistrza. ZK: Tam panowała inna sytuacja, pełniłem funkcję brygadzisty i szkoda było mi załogi. Gdyby ten zakład upadł (a była rozważana możliwość likwidacji ze względu na ogromne zadłużenie), większość ludzi tam zatrudnionych pozostałaby bez pracy, bo nie byłoby dla nich miejsca w nowo utworzonej jednostce. A przecież każdy z nich miał rodzinę na utrzymaniu. K: Ale tu mamy sytuację analogiczną. Zwiększa się poziom zadłużenia gminy, z tego tytułu będą rosły obciążenia mieszkańców: będą zwiększane podatki, trzeba będzie płacić więcej za wywóz śmieci, szambo, za wodę. To podniesie ceny za usługi turystyczne i będzie spadać konkurencyjność Szczawnicy w stosunku do innych górskich miejscowości. I tak się szykuje powolny upadek Szczawnicy, jako miejscowości świadczącej atrakcyjne usługi turystyczne. ZK: Tak, serce się kroi obserwując te działania włodarzy. Nie radzą sobie z marketingiem, z reklamą, nie ma żadnej strategii dla miasta, a jeśli już jakaś jest, to robiona pod wybory i ma więcej wspólnego z propagandą niż ze strategią. Jestem bardzo związany z tym miastem i te problemy leżą mi głęboko na sercu; z tego tytułu rozważam jakieś włączenie się w politykę miasta. Każdy kandydat, który będzie się ubiegał o fotel burmistrza w Szczawnicy powinien wziąć pod uwagę, że musi się zmierzyć z niefachowo i wadliwie wykonanymi inwestycjami. Tu jest wiele do naprawienia po kimś kto 8 lat urzęduje, a większość inwestycji wykonywał źle, one są tylko wizerunkowo ładne, co oczywiście jest medialnie nagłośnione jako sukces. Dobrze, że jest taka niezależna prasa jak „Kurier Pieniński”, aczkolwiek nie do wszystkich docieracie. Większość mieszkańców jest karmiona informacjami z biuletynu samorządowego, a tam wszystkie działania włodarzy pięknie wyglądają i są ich wielkimi osiągnięciami. Tak to jest odbierane przez większość społeczeństwa – zadbano, aby mieszkańcy nie mieli wiedzy na temat nieprawidłowości w inwestycjach. Nikt nie wyjaśnia, nie tłumaczy, że coś zostało przepłacone, że na pewno dana praca mogła być wykonana o wiele lepiej. Kwoty na te inwestycje są bardzo duże, a przecież przeciętny mieszkaniec nie wie za jakie pieniądze można było ją wykonać. Poza tym mieszkańcy myślą, że miasto rozwija się, bo są inwestycje; ale to, że pieniądze są zmarnowane, bo roboty zostały źle wykonane, to jest ukrywane. K: Czy to zdanie na temat złej jakości wykonanych prac podzielają też inni mieszkańcy? ZK: Pamiętam jedną z rozmów z Krzysztofem Mańkowskim, prezesem uzdrowiska, w której to stwierdził, że i tak Szczawnica będzie zmuszona większość tych inwestycji przerobić, a to co zostało zrobione to jest szajs, to trzeba będzie wymienić. Ja nie podzielam zdania, że wszystko, ale jeżeli chodzi o wodociąg, to te prawie 8 mln zł zostało źle wydanych. Stacja uzdatniania i ujęcia wody była odbierana z wielką pompą, przyjechał ks. proboszcz Józef Włodarczyk, poświęcił inwestycję, było przecinanie wstęgi, szampan. Proszę zwrócić uwagę, że jeśli chodzi o wodociągi, to ta inwestycja nie była w ten sposób odbierana. A przecież nasze władze jak oddają nawet kawałek drogi to zawsze zapraszają media, fotoreporterów, jest szampan, przecinanie wstęgi. Tak było choćby podczas otwarcia drogi między Krościenkiem a Szczawnicą. A w przypadku sieci wodociągowej, którą oficjalnie odbierali 2 września, nie było nic: ani mediów, ani księdza, ani gości. K: Jak mieli to robić z pompą, skoro potem trwała jeszcze budowa do grudnia? ZK: Nie do grudnia, tylko do wiosny następnego roku, a pewne odcinki nie zostały wykonane do dziś i już najprawdopodobniej nigdy nie będą. K: Jakie są Pana poglądy polityczne? ZK: Ja jestem apolityczny, nigdy nie wikłałem się w działalność polityczną, nie należałem do żadnej partii, pomimo że byłem namawiany i naciskany przez przełożonych. Pełniłem funkcje kierownicze i dlatego uważali, że lepiej byłoby, jakbym się zapisał do partii. Nie uległem jednak tym naciskom. Również do żadnego PZPR nie należałem, w innym duchu zostałem wychowany. Mogłem zapisać się do ugrupowań prawicowych, ale nie czułem potrzeby, aby działać politycznie. W wyborach, w których brałem udział, startowałem z list AWS-u, ale jako bezpartyjny. Byłem działaczem związkowym, należałem do Solidarności. K: Jak Pan ocenia współpracę włodarzy miasta z rodziną Mańkowskich? Jest to w końcu rodzina, która bardzo wiele zainwestowała w Szczawnicę. ZK: Tutaj trudno mówić o współpracy, mamy do czynienia z kolejną wojną pokazową, a tak być nie powinno. Jest to największy podmiot gospodarczy, dysponujący potencjałem finansowym, który jest niezbędny, jeżeli rozważymy ewentualną promocję miasta. Nawet można powiedzieć, że aby uratować Szczawnicę, to jesteśmy skazani na taką współpracę. K: A jak Pan sobie wyobraża współpracę z Mańkowskim gdyby Pan wystartował i wygrał wybory? Bo wiele osób uważa, że burmistrz, będący na pasku u hrabiego nie będzie korzystnym rozwiązaniem dla miasta. ZK: Gdybym zdecydował się kandydować i gdybym wygrał wybory, to tak jak zachowałem niezależność polityczną, tak też zachowałbym niezależność ekonomiczną i absolutnie wykluczam jakiekolwiek uzależnienie się od czyjejś pomocy. Każdy burmistrz powinien wiedzieć, że czym innym jest współpraca dla dobra miasta, a czym innym jest świadczenie usług lub podporządkowanie się firmie Thermaleo czy innej. Obrona interesów Szczawnicy musi stanowić priorytet dla każdego włodarza. Ale nie może być tak jak jest teraz, że nie siada się przy wspólnym stole i nie rozwiązuje bieżących problemów, nie realizuje się inwestycji, które mogą poprawić jakość życia mieszkańców czy turystów. Tu nie chodzi tylko o współpracę z Mańkowskimi, ale burmistrz powinien współpracować z każdym podmiotem w Szczawnicy, wsłuchać się w głos mieszkańców, wypracować wspólne strategie. W Szczawnicy te role zostały odwrócone – burmistrzowi się wydaje, że jak został wybrany, to może robić, co mu się podoba, a wyborcy są jego poddanymi. Burmistrz jest po to, żeby służyć mieszkańcom, a nie na odwrót. K: A na niepokornych donosy i kontrole? ZK: To jest żenujące i wstyd na całą okolicę. Mnie odwiedzają osoby i proponują wprost, abym zgodził się kandydować na stanowisko burmistrza. Mówią o dużym poparciu w mieście, że na pewno wygram, ale ja uważam, że to jakie miałbym poparcie to dopiero wybory by pokazały, gdybym w nich wziął udział. I to nie jest żadna wygrana, bo wygrać to można, ale na loterii. Jeżeli zaś mówimy o wyborach demokratycznych, to my wybieramy sobie reprezentanta. Należy mieć świadomość odpowiedzialności jaką ten wybór niesie, burmistrzowi zostało powierzone ważne zadanie – ja tak to rozumiem. Od momentu wyboru mam służyć tym, którzy mnie wybrali i ja się na to świadomie zgodziłem. Dobrze byłoby, gdyby większość kandydatów zdawała sobie z tego sprawę, nie tylko w Szczawnicy. Łatwo składa się deklaracje przed wyborami i podchodzi do tego tak, że obiecuj wszystko, a jak cię wybiorą, to wtedy będziesz się martwił - to nie jest moja droga. Jest jeszcze trochę czasu na podjęcie decyzji. Jeżeli w pewnym momencie uznam, że zainteresowanie moją osobą i poparcie społeczne jest na tyle poważne, że powinienem kandydować, to nie widzę przeciwwskazań. Trzeba dać mieszkańcom możliwość, aby mieli wybór, bo co to będą za wybory, jeśli będzie tylko jeden kandydat? K: To zupełnie inne podejście, można powiedzieć rewolucyjne, jeżeli chodzi o Szczawnicę. ZK: To nie jest rewolucja, jeżeli mamy świadomość, że burmistrzem się bywa a człowiekiem się jest. W Szczawnicy mamy taki problem, że włodarze chcą sprawować władzę nad ludźmi, a nie ich reprezentować. Przecież nikt nie jest alfą i omegą, dlatego budowanie lepszego wizerunku miasta i dobrobytu należy opierać na współpracy z ludźmi. Trzeba słuchać tych, którzy są na samym dole, te głosy od dołu informują o rzeczywistych problemach miasta. I z tego co od dołu dociera do uszu władzy, mogą się rodzić pozytywne zmiany. K: A jak to jest, że ksiądz proboszcz ze Szlachtowej jedzie poświęcić inwestycję, która jest w Szczawnicy? Przecież Szczawnica ma swojego proboszcza? ZK: A tego to akurat nie wiem, co lub kto o tym decyduje. Może o to należałoby zapytać księży, być może taki jest ich podział ról. Dziękuję za obszerny wywiad. |