w janczykzawadzkidlpiotr gpiaseckiniezgodaniezgodaniezgodaniezgodaniezgoda

Nowy dział

straz-miejska

Praktyki dziennikarskie w Kurierze

praca-do-kuriera

 

 

 

 

 

Informacje z urzędów

instytucje urzedy

Osoby na stronie

Naszą witrynę przegląda teraz 7 gości 

Homo sexualis Drukuj Email

Seksualność bez tabu?

Czy człowiek to seksualne zwierzę? Czy władcą kobiety jest typek, którego ona zgarnie spod płotu i wlecze do domu za krawat? I czy kobieta powinna zachowywać się jak samiec? Cokolwiek by mówić na ten temat, rewolucja seksualna bynajmniej jeszcze się nie zaczęła...

Na łamach Kuriera Pienińskiego prócz fragmentów książki Borysa Widenko Drapieżna władza, publikujemy cykl artykułów Mariny Komasirowej, poruszający temat erotyki i seksualności człowieka.

 

Podarowanie partnerowi wstrząsającego seksu jest możliwe na dwa sposoby: przez sterowanie jego seksualizmem za pomocą jego własnego ośrodka emocji albo... przez rozwinięcie u niego ośrodka seksualizmu, który byłby niezależny od emocji.

Biorąc pod uwagę, że zdolność do osiągania rozkoszy i do dawania jej partnerowi to pojęcia krzyżujące się, ale jednak różne, należy ustalić, że najpożyteczniejszą rzeczą w komunikacji międzyludzkiej jest sex-appeal, a nie seksualizm.

 

Przez sex-appeal nie rozumiem tu atrakcyjności zewnętrznej. Człowiek na pierwszy rzut oka odpychający może się potem wydawać pociągający, jeśli w jakiś zadziwiający sposób dzięki niemu przeżyliśmy rozkosz seksualną. Niewątpliwie zakochani dlatego właśnie tracą stopniowo atrakcyjność seksualną w oczach tego drugiego, że przy każdym spotkaniu coraz gorzej im wychodzi dostarczanie sobie nawzajem tego rodzaju radości.
Jak zatem podarować partnerowi wstrząsający seks? Po pierwsze, można zostać znakomitością na skalę światową. Sama myśl, że oto ściska gwiazdę, doprowadzi partnera do białej gorączki i na długo zapamięta on ten wstrząsający seks.
Po drugie można poznać, przy pomocy psychoanalityka, najskrytsze fantazje seksualne partnera i wcielić je w życie. Istocie skromnej może wystarczyć do wstrząsającego podniecenia seks w samolocie, ktoś bardziej wyrafinowany może potrzebować porwania samolotu, sprzedaży do haremu szejka albo zbiorowego gwałtu w wykonaniu tajlandzkich dziewczyn.
Po trzecie można partnera zwyczajnie upić. Naturalnie nie lubczykiem, lecz tradycyjnym środkiem odurzającym, który w odpowiedniej ilości może z każdego zrobić wstrząsającego kochanka.
I wreszcie po czwarte - można wprowadzić partnera w stan ostrego zakochania. Jednakże takie rzeczy zwykle aranżowane są w niebie, słabo poddają się kontroli i zdecydowanie nie zawsze są gwarancją wstrząsającego seksu.
Słowem, choćby nie wiem jak nęciła perspektywa wykrycia na ciele partnera punktów, których drażnienie natychmiast ładowałoby jego energię seksualną, choćby nawet jakiś bioenergoterapeuta obiecał pokazać nam takie punkty, to najprawdopodobniej ich masaż będzie trochę bardziej skuteczny od zwykłego głaskania stref erogennych i znacznie mniej - od porwania samolotu.
Seksuolodzy, zmarnowawszy pół wieku na badanie reakcji seksualnych, doszli do wniosku, że sterowanie seksualizmem należy do kompetencji ośrodka emocji.
Po to, by seks był wstrząsający, potrzebna jest aktywna reakcja emocjonalna, indywidualna
dla każdego konkretnego przypadku.
Zbiorowy gwałt w wykonaniu Tajek jednego obywatela może niesamowicie podniecić, u innego może spowodować nie tylko utratę wrażliwości, ale i w ogóle przyprawić o chroniczną impotencję. Romans narzeczonej z innym może jednego mężczyznę pobudzić równie silnie, jak innemu odebrać wszelką ochotę na seks z nią teraz i w przyszłości. Kłótnia małżeńska z latającymi talerzami i krzesłami może
w jednym związku zakończyć się wstrząsającym seksem, a w innym trwałym wstrętem fizycznym.
Nawet tak banalny czynnik, jak nowa partnerka, który tradycyjnie uważa się za pozytywny dla wszystkich mężczyzn bez wyjątku, w rzeczywistości dla wielu z nich jest negatywny.

 


Duża liczba mężczyzn potrzebuje do pełnego wyrażenia własnego seksualizmu rozluźnienia,
które może im zapewnić tylko partnerka dobrze znana i czująca do nich sympatię.


Gdyby ktoś pytał, leczenie farmakologiczne impotencji i oziębłości najczęściej jest oparte nie na lekach pobudzających, lecz na uspokajających. Zbyt małe napięcie jest mniej szkodliwe dla reakcji seksualnych, niż jego nadmiar. Słabe zaangażowanie emocjonalne może być mniej krytyczne dla seksualizmu, niż zbyt silne. Granica siły emocji (czy to pozytywnych, czy negatywnych), powyżej której zanika pożądanie seksualne, jest u każdego inna.

Grzyby - drapieżniki
Gdy jeszcze byliśmy niebiesko-zielonymi glonami, organizmami przejściowymi między bakteriami a glonami właściwymi, żyliśmy autotroficznie, tj. żywiliśmy się nie innymi organizmami, lecz światłem słonecznym. Mieliśmy w chromatoforach pod dostatkiem chlorofilu
i nasza egzystencja, choć nieświadoma, przebiegała, jak wypada przypuszczać, w kompletnej harmonii. Chyba dlatego nie robiliśmy nic innego, tylko się rozmnażaliśmy przez podział, w sprzyjających warunkach co pół godziny.
Niestety te warunki dla niebiesko-zielonych glonów nie zawsze były sprzyjające. Ci spośród nas, którzy mieli mniej szczęścia, a chęć do rozmnażania taką samą, zaczęli się po trochu zamieniać w grzyby. Komplikacja naszej natury miała jeden jedyny sens. Teraz potrzebowaliśmy mniej ciepła
i światła, a za to zaczęliśmy odżywiać się heterotroficznie, prościej mówiąc - pożerać inne organizmy.
Ponieważ te ostatnie nie miały najmniejszej ochoty pchać nam się, mówiąc obrazowo, do paszczy (a właściwie wcale się nie pchały, bo w tamtych czasach nikt nie posiadał kończyn), musieliśmy sami coś wymyślić, by się przemieszczać i szukać pożywienia. Kiedy nasz grzyb, a właściwie jego owocnik dojrzewał, zalążnia pękała i spory rozlatywały się każda w swoją stronę.
Biorąc pod uwagę fakt, że spory, zdane na łaskę i niełaskę wiatru, nie zawsze trafiały od razu tam, gdzie trzeba, tj. na jakiś żywy czy martwy organizm, mogący nam służyć za pożywienie, bardzo szybko musieliśmy zacząć wytwarzać spory nie w postaci zalążków grzyba, lecz w postaci materiału do późniejszego zapłodnienia. W przeciwieństwie do zalążków taki materiał nie potrzebował pożywienia, dlatego mógł się przechowywać w stanie żywym do czasu, aż pomyślny wiatr zaniósł go na jakąś pożywkę. W takim odpowiednim środowisku ze spor zaczynały powstawać, co prawda tylko grzybowe, ale już zupełnie konkretne narządy rozrodcze, które na swój grzybowy sposób kopulowały i wreszcie powstawał z nich nowy osobnik.
W tym czasie ani trochę nie interesowaliśmy się sprawami płci, ponieważ kojarzenie się i zapłodnienie następowało automatycznie, gdy tylko spory trafiały w odpowiednie środowisko
i w ogóle to nie zależało od nas. Wszelkiej maści gierki erotyczne i „te śmieszne ruchy” powstały prawie natychmiast, skoro tylko dokonał się podział na płcie, tj. gdy narządy męskie i żeńskie zaczęły należeć do różnych osobników. Taki podział jest nieuchronnym etapem na drodze ewolucji, gdyż tylko przy połączeniu dwóch różnych komórek o różnym wyposażeniu genetycznym mutacje, niezbędne do przetrwania organizmów, stały się dziedzictwem nie jednego osobnika, lecz całego gatunku.
Zaledwie organizmy zyskały określoną płeć, zaczęły nabierać coraz większego sex-appealu. Jak to się zwykle dzieje w ewolucji, rozwój gatunku poszedł drogą powrotu do pożytecznych cech, charakteryzujących poprzednie gatunki. Najprostsze zwierzęta, rozwijając się, uczyły się sex-appealu od kwiatów, przyciągających owady jaskrawym ubarwieniem i zapachem. Tak powstał dymorfizm płciowy - różnice barwy upierzenia i kształtu płetw u samców i samic, będące cechami atrakcyjnymi seksualnie.
Desmond Morris, autor światowego bestselleru „Naga małpa” przytacza hipotezę ewolucji dymorfizmu płciowego u ludzi. Samice naczelnych mają mało rozwinięte gruczoły piersiowe, gdyż nie są one dla samców bodźcem seksualnym. Samcom małp zupełnie wystarczy oglądanie samicy od tyłu, z której to strony jej narząd rodny widać w całej okazałości.
Rozwój kobiecych piersi od maleńkich gruczołów małpy do ogromnych silikonowych półkul ma według mnie tylko jedno uzasadnienie ewolucyjne. Jest nim wczesny imprinting - utrwalenie reakcji seksualnych w stosunku do matki w wieku niemowlęcym. Boję się oburzenia przeciwników freudyzmu, ale taki imprinting, podobnie jak wczesny rozwój seksualizmu, naprawdę istnieje, ponieważ jest to logiczne z punktu widzenia ewolucji.


Kropla przyjemności w morzu miłości
Odkąd przestaliśmy rozrzucać spory grzybów, ludzie nie mają najmniejszego powodu do rzucania plemnikami na wszystkie strony. Ewolucja organizmów idzie drogą stawiania w rozmnażaniu nie na ilość, lecz wyłącznie na jakość. Już niektóre ssaki i większość ptaków tworzą stałe pary, co umożliwia im rozmnażanie gniazdowe - kiedy potomstwo jest bezradne i potrzebuje opieki obojga rodziców.
Gdyby człowiek zjawiał się na świecie nie w charakterze pół-embrionu, lecz istoty niezależnej, wzajemna miłość jego rodziców miałaby znacznie mniej sensu. Jednakże wysoko zorganizowany układ nerwowy, którym ludzie różnią się od zwierząt, zakłada, że rozwój jego najważniejszych struktur ma miejsce w skomplikowanym otoczeniu społeczno - psychologicznym, a nie w łonie matki.
Kiedy małe dzieci, pełnowartościowe pod względem fizycznym, wychowywały się w izolacji od ludzi, np. były wykarmione przez zwierzęta, wyrastały na dzieci-małpy, których nie można było nie tylko skłonić do jakiejkolwiek działalności umysłowej, ale nawet zwyczajnie nauczyć mówić. Powyżej pewnego wieku ukształtowany już mózg dziecka nie jest w stanie nauczyć się większości operacji, dlatego to dla gatunku jest tak ważne, by dziecko rodziło się z ledwo ukształtowanym mózgiem, na pół ślepe i głuche, ze szczątkowymi reakcjami.
Do poprawy jakości gatunku trzeba koniecznie, by nierozwinięty mózg dziecka kształtował się z maksymalną skutecznością, do czego jest potrzebne określone otoczenie społeczno-psychologiczne. Otoczenie to ma być wystarczająco komfortowe i nasycone wrażeniami. Stanie się tak, gdy dziecko będzie miało obok siebie oboje rodziców, rozwiniętych intelektualnie i emocjonalnie, kochających je i siebie nawzajem.
Już u neandertalczyków, choć oni naturalnie jeszcze nie znali tzw. miłości indywidualnej i mieli zwyczaj zjadania wybitnie atrakcyjnych kobiet, istniała w pewnym sensie monogamia. Działo się tak nie dlatego, że kanibale-neandertalczycy dążyli do wychowania wysoko zorganizowanego potomstwa, lecz dlatego, że doceniali zalety wspólnego polowania. Aby powalać mamuty i inne wielkie zwierzęta, mężczyźni musieli działać razem, dlatego najsilniejszy samiec nie mógł, jak herszt stada małp, zagarnąć dla siebie wszystkich samic, lecz musiał się podzielić z towarzyszami.
Jednakże w ewolucji człowieka potrzebny był specyficzny mechanizm, będący w stanie przywiązywać samca do jednej samicy, a samicę do tego właśnie samca. U wszystkich monogamicznych gatunków zwierzęcych takim mechanizmem jest imprinting, tj. instynktowna fiksacja na pierwszym partnerze seksualnym. Rzecz ciekawa, że u większości ptaków, związanych z partnerem na zasadzie imprintingu, ta sama fiksacja działa w stosunku do matki.
Łabędź, którego wierność małżeńska stała się przysłowiowa, zaczyna, wykluwając się z jajka, uważać za matkę pierwszy poruszający się przedmiot. Dramat brzydkiego kaczątka polegał na tym, że nie miało wątpliwości, uważając kaczkę za rodzoną mamę. Gęsięta, które obserwował słynny etolog Lorenz, wszędzie dreptały, jak za matką, za gumową piłeczką, ponieważ właśnie tę piłeczkę zobaczyły jako pierwszy ruchomy obiekt.
Dla gatunku ludzkiego tak twarda monogamia nie jest pożądana. Gdyby ludzkie dzieci potrzebowały do rozwoju tylko pokarmu od ojca i ciepła od matki, prawdopodobnie erekcja
u mężczyzny, gdy raz powstałaby przy jednej kobiecie, nigdy nie odnosiłaby się do innej. Na szczęście (a może niestety) potrzeby dziecka nie są tak prymitywne. Ludzie słusznie sądzą, że bycie ze sobą na siłę, tylko dla dobra dzieci, jest szkodliwe przede wszystkim dla tych dzieci. Życie w atmosferze chłodu między rodzicami, a tym bardziej ich obrzydzenia do siebie nawzajem, jest silniejszym urazem dla sfery emocjonalnej dziecka, niż rozwód.
Zatem dla ewolucji człowieka konieczny był mechanizm, który byłby w stanie przywiązać do siebie seksualnie ludzi, odczuwających do siebie pociąg duchowy, a jednocześnie nie przeszkadzałby im rozstać się i znaleźć innych partnerów, gdyby w ich związku pojawiły się problemy. Tym sprytnym mechanizmem stał się... orgazm. To właśnie natura orgazmu jest kluczem do tajemnicy ludzkiej miłości, a gdy się ją odgadnie, można się nauczyć sterować ośrodkiem seksualnym swojego partnera.


Zwierzęcy seks
Od dawna wiadomo, że u samic w świecie zwierzęcym orgazm nie istnieje. Orgazm kobiety pojawia się po raz pierwszy w przyrodzie jako cecha nabyta gatunku ludzkiego. Przy tym sądzi się, że u samców zwierząt orgazm ma miejsce - tak jak u ludzi - w chwili wytrysku nasienia. Nie wiadomo, na czym opiera się takie przekonanie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że nawet u mężczyzn orgazm, jak o tym wiedzieli już starożytni taoiści, jest tylko relatywnie powiązany z wytryskiem. Miłe to, że biolodzy mają litość nad zwierzętami i życzliwie przyznają im prawo do własnej rozkoszy seksualnej. Jednakże u samców zwierząt, podobnie jak u samic, orgazm podobny do ludzkiego nie istnieje i istnieć nie może. Choćby dlatego, że po prostu to im nie jest potrzebne.
Zdarza się naturalnie, że i zwierzęta przeżywają odmienne stany świadomości bez żadnego biologicznego sensu. Syberyjscy szamani nauczyli się jeść muchomory od reniferów - stworzenia te same lubią nażreć się tego paskudztwa i paść jak kawka pod brzozą karelską. Te same renifery dały przykład moczenia muchomorów w ludzkim moczu, ponieważ widząc na śniegu żółte plamy, rzucają się jak szalone, by je lizać. Koty, znane z erotomanii, gdy upiją się walerianą, zachowują się jak rozpasani alkoholicy. Jednakże...  Erotomania kotów nie ma nic wspólnego z orgazmem. A co najśmieszniejsze, ludzka erotomania również. Kocury pragną seksu nie bardziej, niż kotki, których nikt nigdy nie podejrzewałby o orgazm. Zwierzęta dążą do zbliżenia nie dlatego, że pragną przeżyć rozkosz, lecz dlatego, że ich narządy płciowe są podrażnione. Przypisywanie zwierzętom rozkoszy seksualnej jest równie niemądre, jak pogląd, jakoby ptaki dlatego karmiły swe pisklęta, że wzruszająco rozdziawione dziobki wzbudzają w nich czułość. Najbardziej sentymentalni spośród uczonych na pewno byli wściekli, gdy po raz pierwszy zobaczyli, jak ptak melancholijnie wrzuca robaki nawet do dzioba plastikowej zabawki, jeśli takowa znajdzie się w jego gnieździe.
Natura jest, przy całej swojej pozornej hojności, racjonalna do bólu. Żadne żywe stworzenie nie dostanie od niej ani kropli rozkoszy ot, tak sobie. Zatrucie muchomorami przebiega u reniferów równie ciężko, jak kac u ludzi. Kot po upojeniu walerianą czuje się nie lepiej, niż jego właściciel. Gdyby orgazm człowieka nie miał specyficznej funkcji, ludzie żyliby bez niego. Zresztą wcale nie mniej by kopulowali. Tak jak wszystkie zwierzęta, człowiek pragnie seksu po prostu dlatego, że poziom jego hormonów wskutek abstynencji albo oglądania atrakcyjnej samicy (samca) podniósł się ponad normę, wywołując przypływ krwi do narządów płciowych. Do skutecznego rozmnażania płciowego zarówno zwierząt, jak i ludzi zupełnie wystarczy pobudzenie i następująca po nim ulga, tak, jak to się dzieje po oddaniu moczu.


Sens ludzkiego orgazmu jest tylko jeden - imprinting seksualny, którego ludzie nie umieją prawidłowo wykorzystać, bo nic o nim nie wiedzą.


U ludzi, podobnie jak u większości stałocieplnych, matka i noworodek są powiązanym układem biologicznym. W bliskim kontakcie cielesnym doświadczają uczucia ukojenia, wywołane wzrostem ilości opiatów endogennych, hormonów o działaniu narkotycznym, a odłączone od siebie odczuwają niepokój z powodu deficytu tych hormonów.
Można by pomyśleć, że wytwarzanie endogennych endorfin i encefalin ogranicza się tylko do funkcji kształtowania wzajemnego przywiązania matki i dziecka, ale tak nie jest. Jeśli udało się ewolucji zmusić kwokę do pilnego wysiadywania jaj, po prostu
w tym okresie czyniąc jej brzuch gorącym i bolesnym, a jajka chłodem przynoszą ulgę w bólu - o tyle, by matka i noworodek byli do siebie przywiązani, wystarczyłoby obniżenie poziomu opiatów przy rozłące i normalizacja tego stanu przy ponownym połączeniu. Do czego byłaby potrzebna euforia?
Wysoki poziom opiatów endogennych, obserwowany u samic po porodzie, zmusza je do aktywnego zachowania się w stosunku do noworodków; cały czas ocierają się o nie lub wylizują językiem. Gdy nowo narodzone szczury są oddzielane od matki, ulegają u nich zaburzeniu procesy cieplne i tlenowe we krwi, jednakże udaje się przywrócić te procesy do normy, gdy uczeni stosują do małych szczurów specyficzną formę „szybkiego głaskania”.
Stwarzając u człowieka po raz pierwszy w przyrodzie mechanizm orgazmu u samicy, ewolucja wynalazła do tego celu nowy narząd, przypominający członek męski. Ciekawe jest nie to, że łechtaczka w ogóle się pojawiła w przyrodzie, lecz to, że okazała się powiązana zakończeniami nerwowymi
z brodawkami sutkowymi. Sutki samic ssaków są identyczne, jeśli chodzi o bogactwo zakończeń nerwowych, z wrażliwymi sutkami kobiety. Jednakże nie można nazwać takiej aktywności u zwierząt aktywnością seksualną, ponieważ ich gruczoły mleczne w żaden sposób nie są powiązane ze sferą płciową. Dlatego samice nie liżą samców tak, jak to czynią z noworodkami. Samce zresztą też nie pieszczą partnerek seksualnych tak samo, jak pieściła je matka.
Żadnemu czworonożnemu samcowi nie przyszłoby do głowy interesowanie się wymionami samicy, zresztą chyba i samica raczej by się nie ucieszyła z takiego zachowania. Przerost gruczołów mlecznych u samic człowieka w porównaniu ze wszystkimi innymi zwierzętami spełnia jedną, jedyną rolę w ewolucji. Pomaga w realizacji totalnego przeniesienia wzajemnej miłości matki i dziecka na relacje seksualne z partnerem.
Już dawno należało nazwać gatunek Homo sapiens dodatkowo - Homo sexualis. Brak pokrywy włosowej, odróżniający człowieka od przodków, ma na celu uwrażliwienie całego jego ciała na dotyk innej istoty. Czy znacie chociaż jedną dziedzinę życia, prócz seksualnej, gdzie taki dotyk miałby sens?
Wysoki poziom seksualizmu u ludzi został zaplanowany przez ewolucję dlatego, że zasadnicze kształtowanie się mózgu dziecka ma miejsce nie, jak u zwierząt, w macicy matki, lecz
w otoczeniu społecznym - w rodzinie stworzonej przez jego rodziców. My tego nie widzimy, ale w procesie rozwoju psychiki i układu nerwowego człowiek z każdym tysiącleciem, a może nawet z każdym stuleciem staje się istotą coraz to bardziej samotną. Im wyżej jest rozwinięty, tym bardziej samowystarczalny i odosobniony. Taki kierunek rozwoju był dla ewolucji zrozumiały już wtedy, gdy cała horda neandertalczyków, oblizując się, smażyła nad ogniem jakiegoś zabłąkanego człowieka z Cro-Magnon.

Przewidując modę na ascezę, równouprawnienie kobiet, sceptyczny stosunek do pojęcia rodu w ogóle i do przedłużania swojego rodu w szczególności, Stwórca powinien był od samego początku przewidzieć coś, co nie pozwoliłoby ludziom zrezygnować z czasem z łączenia się w pary.
Tym czymś jest orgazm, który ludzie, w odróżnieniu od zwierząt, już posiadają, ale z którego, jeszcze niedawno będąc zwierzętami, na
razie nie nauczyli się korzystać.


Orgazm jest rzeczą, która powinna wiązać parę w przypadku pokrewieństwa dusz, cały czas wzrastać proporcjonalnie do nasilania się tego pokrewieństwa, ewoluować, a na pewnym etapie zmieniać się i przybierać formę nieznaną współczesnemu rodzajowi ludzkiemu.



To, że jak dotąd orgazm nie ma kompletnie nic wspólnego z pokrewieństwem dusz, a często wręcz umiera wskutek jakichkolwiek uczuć pokrewieństwa, oznacza tylko to, że ludzie w ogóle nie mają dostępu do ośrodka seksualnego, ani swojego, ani tym bardziej swojego partnera.

cdn.