|

Zachwycasz się mądrością Wschodu i marzysz o tym, by być zdrowym jak hinduski joga? Ale przy tym czujesz się kompletnym wrakiem lub jesteś po uszy zawalony pracą i niezdolny do ćwiczeń fizycznych i wielogodzinnych medytacji? Zatem system terapeutyczny Nishi jest właśnie tym, czego potrzebujesz. Zawierając to, co najlepsze z technik i praktyk medycznych Wschodu, pozwala on na wzmocnienie zdrowia prostymi środkami.
System Nishi, nazwany imieniem jego autora, jest owocem wieloletnich poszukiwań, wynikiem żmudnych prób i błędów. Jego twórca, japoński profesor Katsudzo Nishi, rzucił wyzwanie losowi i na przekór prognozom lekarzy żył długo i szczęśliwie. Jego historia jest typowa dla healera. Katsudzo od dzieciństwa wyróżniał się słabym zdrowiem. Werdykt lekarzy nie dodawał bynajmniej otuchy: gruźlica jelit i limfatyczne jednostronne zapalenie płuc. „Dwadzieścia lat to maksimum” - powiedział rodzicom jeden z uczonych medyków, najzupełniej szczerze, współczując rodzicom biednego chłopca. Na szczęście sam Katsudzo o tym nie wiedział i walczył o życie i zdrowie z godnym pozazdroszczenia uporem. Podczas gdy inne dzieci biegały za piłką po boisku szkolnym, wesoło chlapały się w oceanie i oddawały się innym przyjemnościom, jego świat często ograniczał się do czterech ścian. Niemniej jednak nie czuł się pokrzywdzony, sądząc, że natura dała mu sporo innych zalet. Bez fałszywej skromności uważał się za bardziej oczytanego, mądrzejszego, poważniejszego od swoich rówieśników i nawet zyskał sobie wśród nich opinię cudownego dziecka. A w rzadkich chwilach dobrego samopoczucia uprawiał szermierkę i udawał się na medytacje do świątyni. A jednak pomimo wszelkich starań pozostawał chorowity, słaby i wątły. Kiedy minęły lata szkolne i przyszedł czas pomyśleć o wyborze zawodu, mało która placówka oświatowa w krainie samurajów była gotowa na przyjęcie geniusza z klatką piersiową jak u kurczaka. Udało mu się dostać do technikum, gdzie regulamin nie był tak surowy. Katsudzo i jego rodzicom wydawało się, że zawód inżyniera budowlanego jest najodpowiedniejszy dla człowieka o tak delikatnym zdrowiu. Ale nauka ostatecznie podkopała siły Nishi, nadal słabł i chudł. Wtedy właśnie zwrócił oczy w stronę medycyny niekonwencjonalnej. I bez ustanku zaczął studiować książki i traktaty naukowe, wypróbowując na sobie wszystkie rady i zalecenia. Pierwszą książką, która stała się dla niego prawdziwym odkryciem, było dzieło Fletchera o zdrowym żywieniu. Książka uczyła, jak pomóc organizmowi jako całości, zamiast walczyć z poszczególnymi objawami. Jej główna zasada była dość prosta - aby zachować zdrowie, trzeba starannie przeżuwać jedzenie, wyciągając z niego maksimum substancji odżywczych. Nishi natychmiast spróbował życia według Fletchera... i poniósł pierwszą klęskę. Chociaż odżywiał się tylko w oparciu o swój naturalny instynkt i przeżuwał niemalże jak krowa, to go nie wzmocniło. Przeciwnie, nabrał skłonności do obżarstwa i zapuścił brzuszek, a idąc za zaleceniem usuwania z pożywienia wszystkich ciężkostrawnych cząstek (np. jedzenia tylko obranych owoców) nabawił się chronicznego zaparcia. Niemniej jednak cierpienia nie okazały się daremne. Zaparcie powodowało silne bóle głowy i doszedł on do wniosku, że panaceum nie istnieje. Kiedy Nishi zapoznał się z dziełami Sinclaira na temat głodówek leczniczych, nie skoczył już na główkę do wody, lecz postanowił podążać za intuicją. Selektywnym podejściem do tej teorii udało mu się wyleczyć jelita i poprawić swoje samopoczucie, jak również ustalić, w jakich wypadkach należy rezygnować z jedzenia, a w jakich nie. Stworzył własną teorię na temat związku jelit z pracą mózgu: „ludzie nienormalni z reguły cierpią na zaparcia, podczas gdy przytomne umysły mają stolec w porządku”. Choć niejednemu wydawała się ona śmiechu warta, Nishi miał osiągnięcia w leczeniu przy jej pomocy chorób psychicznych: na przykład uwolnił z kliniki psychiatrycznej byłego dyrektora jednej z wielkich firm i przywrócił nieszczęśnikowi władze umysłowe przez staranne oczyszczenie jelit. Zdaniem healera za jeden na dziesięć przypadków pomieszania zmysłów winę ponoszą toksyny, w pozostałych tylko zaostrzają przebieg choroby. Nishi bardzo interesował się także pracami naukowców, dotyczącymi krążenia krwi, a zwłaszcza badaniami profesora Zeppa nad dynamiką krążenia mózgowego. Dzięki Zeppowi po raz kolejny przekonał się, że wszystkie dolegliwości stanowią jeden łańcuszek. Wylew jest często wynikiem choroby uszu. Zapalenie ucha pochodzi od gardła. Za zapalenie gardła często ponoszą winę nerki. Z kolei nerki cierpią na tym, że człowiek za ciepło się ubiera i ma zbyt miękkie posłanie. A pogłębia to wszystko nieprawidłowa czynność jelit. Z prac innego naukowca, doktora Poseppa, dowiedział się, że u 96% ludzi, którzy zmarli na różne choroby, śmierci towarzyszy wylew krwi do tych części mózgu, które sterują ruchami kończyn. Wyciągnął własne wnioski na temat powodów odczucia zimnych rąk i nóg przy złym samopoczuciu. Było to bodźcem do stworzenia teorii obwodowego układu krwionośnego: drobnych naczyniek, w tym włosowatych, położonych na powierzchni skóry. Tak krok po kroku, studiując medycynę, anatomię, fizjologię, psychologię Nishi tworzył zasady nowej medycyny, opartej na korzystaniu z sił, tkwiących w organizmie z samej natury. Pomagała mu też w tym filozofia i praktyki terapeutyczne różnych religii, które rozważał z punktu widzenia swoich osobistych doświadczeń. „Uważam, że choroby rozwijają się na skutek czterech powodów: zmian w szkielecie, w narządach wewnętrznych, płynach ustrojowych (krew, limfa i inne) i upadku sił duchowych.
Nie leczenie poszczególnych chorób, lecz tylko kompleksowa terapia całego organizmu może pokonać choroby”.
Wybierając to, co najlepsze z dorobku ludzkości, Nishi stworzył „Sześć reguł zdrowia”. Książka ukazała się, gdy miał 44 lata - w tamtych czasach była to przeciętna długość życia Japończyka. Zaczęło się zwracać do niego o poradę coraz więcej ludzi, zrezygnował z pracy inżyniera w metrze tokijskim i całkowicie poświęcił się nowemu dziełu swojego życia.
Zapasowe serce Do czego można porównać serce? Odpowiedź wydaje się oczywista: do pompy. Dzień i noc bije bez ustanku, przepychając razem z krwią substancje odżywcze do każdej komórki naszego ciała. Znacznie mniej ludzi wie, że bezpośrednie odżywianie komórek dokonuje się dzięki naczyniom włosowatym (choć mieści się w nich zaledwie 5% całej naszej krwi). Naczynia włosowate, 50 razy cieńsze niż włos ludzki, ułożone jedno za drugim zajęłyby około 90 kilometrów. Skąd w sercu taka moc, by wykonywać tę tytaniczną pracę? W rzeczywistości ono wcale jej nie wykonuje - twierdzi Katsudzo Nishi, wywracając do góry nogami nasze pojęcia o sercu. Jego zdaniem głównym motorem dla krwi wcale nie jest serce, lecz naczynia włosowate. Serce reguluje tylko jej strumień. Nie wdając się w zawiłości fizjologiczne (choć sam Nishi dość szczegółowo i wyczerpująco objaśnia swoją tezę) ograniczymy się tylko do jednego dowodu na to. Serce nie wypycha płynu rurą wypustową (tętnicą) i nie zapędza jej z powrotem rurą wpustową (żyłą), co powinno się dziać, jeśli rozpatrujemy serce w roli silnika. Jeśli zaś krew jest wsysana przez naczynia włosowate z tętnicy, można zrozumieć, dlaczego przypomina ona budową i funkcjami rurę zasysającą. Naczynia włosowate są swego rodzaju obwodowym sercem - uważał Nishi. I lekceważenie tego faktu to tyle, co lekceważenie istotnej części krwiobiegu, od którego, jak wiadomo, zależy stan wszystkich narządów. Uważając, że porażenie naczyń włosowatych leży u podstaw wszelkich chorób, Nishi opracował specjalne ćwiczenia, będące w stanie, jak sądził, pomóc naczyniom na poziomie komórki. Wykorzystuje się w nich czarodziejską moc wibracji. Nishi sądził, że całe nasze życie jest wibracją, parafrazując znaną myśl Kartezjusza: „Wibruję, więc jestem”. Wibruje nasze serce i nerki, struny głosowe i ścianki naczyń krwionośnych. Jeśli mocno zatkamy uszy i zamkniemy oczy, możemy usłyszeć cichy szum własnego ciała, który przypomina brzęczący ul. Tego typu mikroruchy są organizmowi bardzo potrzebne, gdyż wzmacniają kurczliwość naczyń. Dlatego system zaleca następujące ćwiczenie, zwane „żuczkiem”: położyć się na podłodze, podnieść do góry ręce i nogi i lekko nimi potrząsać. W tym czasie krew jak strumień spływa w dół, w naczyniach tworzy się próżnia, przyspieszająca krążenie. Oddziaływanie ćwiczenia przypomina jogging, ale w przeciwieństwie do niego nie obciąża stawów i serca. Dlatego taki niezwykły sposób biegania jest pożyteczny dla wszystkich bez wyjątku - nawet dla chorych przykutych do łóżka, ludzi starszych i niepełnosprawnych. Przy pomocy niewymyślnych na pierwszy rzut oka ruchów odciążamy serce, przywracamy do normy ciśnienie krwi, a co za tym idzie, odpada potrzeba leków nasercowych i rozruszników. Nishi na swój sposób oceniał też wskaźniki ciśnienia krwi, odkrywszy regułę „złotego podziału”.
Za pomocą wyliczeń z dziedziny rachunku różniczkowego określił on idealną proporcję między ciśnieniem skurczowym a rozkurczowym. Nazwał tę liczbę kluczem do zdrowia. Można ją wyliczyć za pomocą prostego wzoru: wartość ciśnienia rozkurczowego (tę mniejszą) pomnożyć przez jedenaście i podzielić przez wartość ciśnienia skurczowego. Idealną wartością uzyskanego wyniku jest siedem. Na podstawie wahań w jedną lub drugą stronę można oceniać skłonności organizmu do rozmaitych chorób. Np. u Japończyków wynosi ona przeciętnie 6,5, a zatem są bardziej narażeni na choroby układu pokarmowego i gruźlicę. U Amerykanów 7,5, co mówi o ich predyspozycjach do chorób serca. Jeśli „złoty podział” człowieka jest stabilny, przestaje on się interesować własnym ciśnieniem. Nasza skóra też jest utkana olbrzymią ilością naczyń włosowatych. Poza tym przez jej pory dostaje się do organizmu tlen, wyjątkowo ważny dla procesów metabolicznych. Nishi uważał, że niedobór tlenu nie pozwala na spalanie złogów i pełną moc pracy naczyń, co prowadzi do gromadzenia się w organizmie tlenku węgla.
Tlenek węgla jest jednym z głównych powodów wszystkich chorób, których ekstremalnym przejawem jest rak.
 Nishi proponuje terapeutyczne kontrastowe kąpiele powietrzne. Ale do znanej od czasów starożytnych praktyki wniósł on swoje własne udoskonalenia. Jego zdaniem należy się rozbierać do naga w pokoju przy otwartych oknach, a grzać się w ciepłym ubraniu, nie dopuszczając do spocenia się. Najlepszy czas na zabieg jest tuż przed wschodem słońca albo tuż po zachodzie. Z początku pacjent musi w rozluźnieniu leżeć na plecach (od 1 do 40 sekund), potem przewrócić się na prawy bok (od 40 do 70 sekund), na lewy bok (od 70 do 100 sekund) i spędzić od 10 do 110 sekund w pozycji wyjściowej. Po rozebraniu się można nie tylko leżeć, ale też rozcierać zdrętwiałe części ciała, robić ćwiczenia naczyń włosowatych. Po ogrzaniu się przeciwnie, ważne jest, by nie czynić zbędnych ruchów, lecz po prostu odpocząć, złożywszy dłonie nad splotem słonecznym. W poprawie wymiany gazowej pomagają też kontrastowe kąpiele wodne. Nishi zebrał w całość starożytne sposoby rzymskiego lekarza Asklepiosa, Awicenny, doktora Kneippa - specjalisty od wodolecznictwa i stworzył swój własny system. Proponuje on metody wodolecznictwa w najrozmaitszych chorobach: w schorzeniach nerek i arteriosklerozie, febrze, podagrze i reumatyzmie stawowym. Chociaż niejednemu wywody Nishi o „obwodowym sercu” mogą się wydać niepoważne, współcześni naukowcy już odkryli ich potwierdzenie. Spójrzmy na przykład, co pisze profesor, kierujący Katedrą Krążenia Instytutu Fizjologii, N. Arinczin: „Nasz organizm jest konstrukcją wybitnie niezawodną. Nie chodzi nawet o to, że może stawiać opór znacznym wahaniom temperatury bądź ciśnienia, przez dłuższy czas funkcjonować bez wody i pożywienia. Znacznie ważniejsze jest to, że człowiek nawet po uszkodzeniu lub utracie całego narządu nadal żyje. Natura wykorzystała w tym celu taki środek na podniesienie niezawodności, jak dublowanie. Mamy dwoje oczu, dwie nerki, dwie nogi i dwie ręce, dwoje uszu. Jedno wysiadło, ale drugie słyszy. Można tylko się dziwić, że serce - najważniejszy silnik organizmu - nie ma dublera”. Dziś naukowcy uważają za takich pomocników klatkę piersiową i przeponę, jak również czynność skurczową ścianek naczyń - „bez tych swoistych śluz krew raczej nie mogłaby dotrzeć do miejsca przeznaczenia”.
Śpimy po japońsku Jeszcze jednym wnioskiem, który na własny użytek wyciągnął Nishi, jest ważna rola kręgosłupa. Główne założenia tej teorii są dzisiaj dosyć znane i raczej dla nikogo nie będą rewelacją. Kręgosłup jest naszym głównym słupem energetycznym, związanym zakończeniami nerwowymi ze wszystkimi innymi narządami.
Można latami walczyć z zapaleniem krtani i gardła, gruźlicą, zapaleniami płuc i nerek, dziwiąc się, dlaczego leczenie nie daje efektu, a tak naprawdę to z naszymi plecami jest coś nie w porządku.
„Jesteśmy cywilizacją ludzi, prowadzących mało ruchliwy tryb życia, kibiców sportowych... Mięśnie z braku ćwiczeń wiotczeją. Nieprawidłowy tryb życia deformuje kręgosłup. Chrząstki i dyski międzykręgowe ulegają zniszczeniu z braku ćwiczeń fizycznych i złego ukrwienia sąsiednich tkanek” - pisze Nishi w swojej książce. Proponuje przywrócenie siły i elastyczności kręgosłupa za pomocą specjalnych ćwiczeń i reguł. Jeśli lubimy wylegiwać się w ciepłym łóżku, przestrzeganie dwóch pierwszych będzie od nas wymagać sporej dozy męstwa: zgodnie z nimi należy spać tylko na twardym posłaniu i na specjalnej poduszce. Z drugiej strony jedną trzecią całego życia człowiek spędza śpiąc, grzechem byłoby nie wykorzystać tego czasu na korektę postawy. Twarde i równe posłanie sprzyja równomiernemu rozłożeniu masy ciała, mięśnie są maksymalnie rozluźnione, korekcie ulegają zaburzenia i skrzywienia kręgosłupa, wywołane pionową postawą ciała w ciągu dnia. Zdaniem Nishi można spać po prostu na podłodze, można sobie urządzić twarde łoże, stosując deskę lub kawałek dykty albo nabić materac watą czy gumową gąbką. Najważniejsze jest unikanie sprężynujących materacy. Należy przyzwyczajać się do twardego posłania stopniowo. Na początku może dokuczać człowiekowi ból miednicy, bioder, krzyża: będzie tym silniejszy, im bardziej zdeformowane są kręgi. Po miesiącu nieprzyjemne odczucia mijają. W Japonii mówi się, że wykrzywiona szyja oznacza krótkie życie i Japończycy od niepamiętnych czasów zamiast poduszki używają wałka. Jest to, zdaniem Nishi, bardzo mądry zwyczaj. Wałek w charakterze poduszki nie pozwala na deformację trzeciego i czwartego kręgu szyjnego, których dysfunkcja prowadzi do wielu chorób. Najpowszechniejsze z nich to osteochondroza i bóle głowy, dokuczające połowie ludzi po czterdziestce. Poza tym spanie na wałku jest jeszcze świetną stymulacją przegrody nosowej, w której znajduje się mnóstwo punktów biologicznie czynnych. Naukowcy ustalili, że jej stan może wpływać na powstanie takich chorób, jak katar sienny, astma, mięśniaki i inne choroby narządów płciowych, układu hormonalnego, nietrzymanie moczu, bóle miesiączkowe, zaparcia, choroby nerek i wątroby, żołądka, uszu, jak również drażliwość, niepokój, zawroty głowy. A jednak najważniejszym osiągnięciem Nishi (jego zalety oceniło wielu pacjentów) stało się ćwiczenie „złota rybka”. Bodźcem do jego stworzenia była dla healera niewinna japońska zabawa dziecięca: bierze się za ogon śniętego karasia srebrzystego lub inną rybę słodkowodną i wymachuje nią na wszystkie strony, śpiewając: „Ożyj, ożyj! Jak ożyjesz, puścimy cię do wody!”. Ryba naprawdę ożywała. Wykonując to ćwiczenie, człowiek naprawdę przypomina tę biedną rybkę: leżąc na plecach, płynnie wygina i wyciąga ciało na prawo i na lewo, wypełniając je uzdrawiającymi wibracjami. Robiąc to ćwiczenie codziennie przez minutę-dwie rano i wieczorem, można zredukować nadmierne napięcie kręgosłupa, unormować krążenie, poprawić koordynację układu nerwowego współczulnego i przywspółczulnego, których równowagę określa tryb życia człowieka. Ćwiczenie pomaga w pulsowaniu żył, którymi krew wraca do serca z tych czy innych narządów, poprawia pracę serca i oczyszcza skórę. To ćwiczenie jest dodatkowo świetnym środkiem przeciw zaparciu, ponieważ dzięki wibracji ulega uporządkowaniu perystaltyka jelit. Jak widzimy, przestrzeganie tych prostych reguł nie zajmie nam wiele czasu. Za to niemal natychmiast odczujemy z nich korzyść. Nie na próżno mówi się, że człowiek ma tyle lat, ile ma jego kręgosłup.
Ładujemy się energią Czy słyszeliście kiedyś o enzymach? Jeśli nawet tak, to dziś kojarzą się one głównie z reklamami kosmetyków, obiecującymi rozmaite cudowne metamorfozy, przywrócenie skórze świeżości, a włosom siły. Nishi naturalnie nadawał temu pojęciu zupełnie inne znaczenie, utożsamiając enzymy z boską energią. „Istnieją trzy czynniki, które składają się na Wszechświat: materia, eter i życie. Jednostką miary jakiejkolwiek materii jest pierwiastek, eteru w powietrzu - elektron, a jednostką życia jest enzym. Enzymy są obecne we wszystkich żywych komórkach zwierząt, roślin, mikrobów. Ukierunkowują, regulują i wielokrotnie przyspieszają procesy życiowe w organizmie”. Nishi uważał, że enzymy można nawet zobaczyć - kiedy stają się aktywne, człowiek obserwuje słabe świecenie, które w jodze zwie się praną. Takie świecenie można zauważyć, gdy matka z miłością karmi dziecko albo kapłan w uduchowieniu wyśpiewuje sutry. Enzymy są obecne we wszystkich żywych komórkach, a zakłócenie ich równowagi prowadzi do chorób. Nishi zwrócił uwagę, że we wszystkich religiach istnieje jeden wspólny gest: modlitewne składanie rąk na wysokości piersi, które przynosi wierzącym spokój i wyciszenie. Znalazł fizjologiczne uzasadnienie tego gestu: człowiek w takim wypadku zmienia się w układ zamknięty, a energia jego enzymów kieruje się nie na zewnątrz, lecz do środka. Tak zjawiło się jeszcze jedno ćwiczenie. Nazywa się równie prosto, jak się je wykonuje: „zwieranie stóp i dłoni”. Dzięki niemu - uważał healer - zaczynają w organizmie walczyć między sobą, a potem osiągają równowagę „pierwiastki rywalizacji” - układ nerwowy zwykły i wegetatywny, kwasy i zasady. Najprostszą metodą sprawdzenia skuteczności tego ćwiczenia jest pomiar ciśnienia. Jeśli nawet zewrzemy dłonie i stopy zaledwie na trzy - cztery minuty, jego wskaźniki zbliżą się do „złotego podziału”. Bardzo pożyteczne jest wykonywanie tego ćwiczenia przed posiłkiem: przywrócenie równowagi kwasowo-zasadowej pomaga w trawieniu. Jeśli zaś w trakcie długotrwałych treningów ktoś się nauczy utrzymywać dłonie i ręce na poziomie piersi przez czterdzieści minut, koncentrując w myślach energię na czubkach palców, może zbudzić w sobie zdolności bioenergoterapeutyczne. Wszystkie odkryte przez siebie metody terapeutyczne Nishi nazwał Systemem Zdrowia: składa się na niego gimnastyka oddechowa i leczenie głodem, sposoby relaksacji, autosugestia i hartowanie. Słusznie sądził on, że w tym systemie nie można preferować jednej tylko rzeczy - wszystko jest w nim wzajemnie powiązane, tak jak w organizmie człowieka. Skuteczność tego systemu sprawdziło mnóstwo ludzi na całym świecie.
Wykorzystano artykuł Swietłany Troickiej, który ukazał się w miesięczniku „Generation Egoist”
|